czwartek, 1 grudnia 2016

Wokół regionu Öresund. Malmö


Było tak.
Ślęczałam już którąś godzinę, wyklepując na klawiaturze kolejne strony mojej pracy magisterskiej. Było gorąco, a ja miałam już dość powtarzania po raz trzechsetny słowa attieke (nie każcie mi tłumaczyć, co to jest, kiedyś to zrobię, ale na pewno nie dziś). I wtedy, kiedy mój mózg bardziej niż co innego przypominał wyżętą gąbkę, gdzieś z tyłu głowy zaświtała mi myśl. Myśl zuchwała. Świeża. Ożywcza. Mianowicie: jak to się wszystko skończy, muszę znów pojechać do Szwecji.

Po raz pierwszy do Szwecji pojechałam dwa lata temu. Nie znacie jeszcze tej historii więc Wam ją w skrócie przybliżę: planowałam początkowo znaleźć tam pracę. Ale pracy nie było. Więc pojechałam na wycieczkę. W trzy tygodnie, z plecakiem, objechałam region Uppland, Småladię (tak, to stamtąd pochodzi Astrid Lindgren) i Wschodnią Gotlandię. Dotarłam na Olandię, gdzie znalazłam moje Bullerbyn, i na Gotlandię, która od tej pory jest jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi. Może kiedyś opowiem Wam więcej o tamtej wyprawie. Najważniejsze jednak jest to, że od tamtej pory wpadłam w szwedzki stan umysłu. Zaczęłam uczyć się języka, czytałam o szwedzkiej kulturze, słuchałam szwedzkiej muzyki, a każde, choćby najodleglejsze nawiązanie do kraju fiki i łosi, jakie znajdowałam w książkach czy filmach, traktowałam jak objawienie (mam wrażenie, że indoktrynowałam również kilku znajomych). No i oczywiście podróżowałam palcem po mapie, szukając miejsc, które jeszcze chciałabym zobaczyć.

No i wiecie, jak już postanowiłam znów tym roku pojechać do Szwecji, to najchętniej pojechałabym wszędzie. Jestem podróżniczą gigantomaniaczką, dopiero uczę się ograniczać. Cały czas odkrywam prostą prawdę, że więcej przejechanych kilometrów w krótszym czasie wcale nie oznacza, że wycieczka będzie lepsza. Będzie po prostu bardziej męcząca, więcej czasu spędzi się w środkach transportu (co w Szwajcarii samo w sobie może być atrakcją ale wiecie, o co chodzi), i najprawdopodobniej nie zostanie w ogóle czasu na chociaż moment zatrzymania w jakimś miejscu. A ja, mimo wszystko, lubię się zatrzymać. Posiedzieć i pokiwać nogą na pomoście, gdzie skrzypią liny i kołyszą się łodzie. Popatrzeć na szczyty gór w oddali. Połazić pozornie bez sensu w te i we wte po parku, przyjrzeć się filigranowym kształtom, w jakie wypalają się świece w jakiejś bocznej kaplicy. Tak więc, pomimo początkowej chęci przemierzenia Szwecji wzdłuż aż pod koło podbiegunowe, zdecydowałam się zostać kilka dni w Skanii, a potem pojechać do Kopenhagi tym słynnym mostem – mostem nad Sundem. 
Nie bez znaczenia był też fakt, że loty Poznań-Malmö były śmiesznie tanie, a w Kopenhadze miałam odwiedzić koleżanką, z którą nie widziałam się osiem lat.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że na moje wrażenia z pobytu w Malmö mocno rzutuje fakt, że było mi tam na okrągło cholernie zimno. Tak, moi drodzy, zapomniałam jak zimny potrafi być październik w Skandynawii. Powinnam była przypomnieć sobie jesień w Oslo. Znacznie przeszacowałam też grubość swojej kurtki. I jedynej bluzy, jaką ze sobą zabrałam (czy mówiłam już, że w Szwecji byłam tylko latem? Moja ocena tamtejszej pogody była dość skrzywiona.), a entuzjazm to trochę za mało, żeby odeprzeć ataki lodowatego wichru znad Morza Północnego. Ale nie ma tego złego – jako że musiałam szybko chodzić celem nie zamienienia się w sopel, zwiedziłam pewnie dwa razy tyle, ile zwiedziłabym w normalnym tempie, przysiadając sobie to tu, to tam. 

Malmö, mimo tego, że jest trzecim co do wielkości miastem w Szwecji, ma raczej kompaktowy rozmiar i spokojnie da się je zwiedzić na piechotę. Myślę, że szczególnie warto tu przyjechać latem, bo oprócz zabytków i urokliwego starego miasta, Malmö posiada ogromne połacie przestrzeni, znakomite do tak zwanego czilowania. Są tu szerokie plaże i tereny zielone, ścieżki rowerowe i kanały z drewnianymi pomostami do siedzenia, parki i falochrony i dawne tereny stoczniowe, które w złą pogodę można najwyżej przemierzyć truchcikiem, natomiast przy doskonałej – można tam spędzić miłe popołudnie. 

Zwiedzanie zaczęłam od Västra Hamnen, czyli Zachodniego Portu. To jedna z największych atrakcji Malmö i szczerze mówiąc, warto tu przyjechać choćby tylko dla niego. To nowa dzielnica, powstająca na terenie dawnego portu, doków i stoczni, która wyróżnia się niezwykłą nowoczesną architekturą. To tutaj znajduje się flagowy budynek Malmö, czyli Turning Torso, wieżowiec zaprojektowany przez Santiago Calatravę. Ma 54 piętra, łączną wysokość 190 metrów, a jego bryła została zainspirowana, a jakże, kształtem ludzkiego tułowia w półobrocie. Na parterze można zobaczyć ciekawą wystawę dotyczącą historii projektowania i stawiania budynku, a także całego obszaru Västra Hamnen. Okazuje się, że  ta dzielnica to nie tylko nowoczesna architektura, pomysłowe łączenie nowego ze starym, próba zachowania charakteru tego miejsca przy jednoczesnym przystosowaniu go do potrzeb mieszkalnych – to także projekt ekologiczny. 
Obszar Västra Hamnen ma być w założeniu zupełnie wolny od emisji CO2. Wszystkie budynki w dzielnicy ogrzewane są przy pomocy odnawialnych źródeł energii, a najciekawszym z nich jest system sezonowego magazynowania ciepła STES. Polega on mniej więcej na, jak sama nazwa wskazuje, magazynowaniu ciepła w okresie wiosenno-letnim (poprzez kolektory słoneczne i na przykład ciepłe powietrze pobierane z klimatyzatorów) i używania go do ogrzewania budynków zimą. Naturalnie zimne zimowe powietrze zaś magazynowane jest do ochładzania ich latem. Zważywszy na szwedzką pogodę, nie sądzę żeby możliwe tutaj było jakiekolwiek przegrzewanie. Ale przyznacie, że metoda genialna w swojej prostocie! Po Västra Hamnen warto przespacerować się bez celu, przejść przeszklonymi pasażami i u stóp modernistycznych domów ze szkła, stali i drewna, których okna wychodzą na prywatne doki i keje. Ale niech was nie zmyli pozorny chłód tych okien – niezmiennie wystawione są w nich lampy, świece i pelargonie, zupełnie jak w oknach drewnianych rybackich chat w Västervik.
Z zachodniego brzegu Västra Hamnen widać też inną z atrakcji regionu – most Öresund. Podejrzewam, że przy lepszej pogodzie widać go lepiej. Przy zwykłej pogodzie, takiej jaka mi się trafiła, widać go tak sobie. Ale jest – smukła, opływowa, wygięta łukiem sylwetka, z tej odległości jakby namalowana piórkiem na jedwabiu. No a wiecie, czemu jest sławny? To proste – przez morderstwo. To przecież oczywiste, że TAKI most wymaga morderstwa. Co i jak, można się dowiedzieć z serialu Broen, a po naszemu Most nad Sundem

Kontynuując wątek nowoczesnej architektury – w Malmö jej nie brakuje. Oprócz Turning Torso i reszty Västra Hamnen, jest tu do jeszcze do zobaczenia co najmniej kilka imponujących budynków. Na mnie największe wrażenia zrobiły trzy. Pierwszy to Malmö Live, czyli kompleks konferencyjno-hotelowy z salą koncertową, postawiony tuż przy dworcu głównym, nad kanałem opływającym całe stare miasto. Czerwone, żółte i białe, mocno przeszklone fasady konkurują z drewnianymi tarasami i nowoczesnym betonowym mostem. Zadaniem Malmö Live było połączyć starą, tradycyjną część miasta z nową, i chyba mu się to udaje. Budynek, mimo rozmiarów, jest zachęcający, wydaje się przytulny. Fasady są matowe, tylko w oknach odbija się światło, ściany cofnięte są od drewnianego deptaka, schodzącego tarasowo ku kanałowi. Malmö Live nie przytłacza. 
Nie przytłacza podobnie jak budynek Stadsbiblioteket, czyli biblioteki miejskiej. Nie wiem jak Wy, ale ja mam pewne skrzywienie – uwielbiam zwiedzać biblioteki. Zwłaszcza miejskie, gdzie wstęp jest zazwyczaj wolny. Zimno? Do biblioteki. Zmęczony? Ahoj, ku książkom i kanapom. Potrzebny internet? Ksero? Informacje? Pomoc? Przespać się? Herbata? Przekąska? Wszystko w jednym miejscu. Biblioteka w Malmö to dodatkowo smaczek architektoniczny. Składa się z dwóch budynków, nowego i starego, a ten nowy nosi nazwę Ljuskalendar, czyli Kalendarz Światła. To jasna, przyjazna, otwarta przestrzeń, w całości przeszklona, z widokiem na park miejski. Kiedy robi się ciemno, punktowe oświetlenie zaczyna odbijać się w szybach podzielonych na równe kwatery, jak na kartce kalendarza. Zrządzeniem losu weszłam tam akurat wprost na tłumek zgromadzony przed telewizorem, pokazującym w tym momencie zamknięte drzwi. Opodal stał stolik z poczęstunkiem, do którego poczułam się mile zaproszona, po czym siłą rozpędu również zaczęłam wpatrywać się w ekran. Po chwili, kiedy już przymierzałam się, aby zapytać kogoś, na co czekamy, zza drzwi wyłoniła się pani i... zaczęła odczytywać, kto w tym roku dostał literacką nagrodę Nobla. Tak, moi drodzy, historyczny moment! A ja w Malmö! W bibliotece! To już niemal jakbym stała pod budynkiem komisji noblowskiej. A w kilka minut po skończonej projekcji na stoliku, zamiast cydru i chrupek, pojawiły się biografie i kolekcje tekstów Boba Dylana. 

Trzeci budynek, który polecam, to stacja Triangeln. Ze wszystkiego, najbardziej przypomina mi wielkie jajo, do połowy zakopane w ziemi. Pod ziemią z kolei stacja wygląda jak oszroniona – wszystko jest tu białe, szare lub lśniące. To jedna z głównych stacji przesiadkowych i druga pod względem ważności stacja po dworcu centralnym, (który jest uroczo staroświecki i sama widziałam pana strojącego pianino stojące tak, o pod ścianą z zielonych kafelków). Prędzej czy później wszyscy tu trafią.
Stare miasto w Malmö jest... eklektyczne. Nie jest to ani zaleta ani wada, ot – wrażenie. Budynki z różnych epok stoją tu obok siebie: z jednej strony renesans, z drugiej modernizm, z trzeciej brutalizm, i jeszcze jakiś kiosk na dokładkę. Najbardziej podobały mi się okolice Lilla Torg, czyli małego placu albo rynku. Lilla Torg wygląda na taki, co to ożywa dopiero wieczorem, a rano dogorywa pod pierzyną ze śmieci. Niemniej prezentuje się naprawdę urokliwie, z tymi ceglanymi budynkami, sklepami z rękodziełem i studnią pośrodku. Właściwy rynek, ten przy którym mieści się piękny renesansowy ratusz (w momencie mojej wizyty – w remoncie, takie uroki podróży poza sezonem), zamieniony jest w większości w parking, więc poziom jego urokliwości bliski jest zeru. Ratują go trochę dwie kamienice obok: jedna, niska, o żółtej fasadzie to dawny zajazd, gdzie zatrzymał się kiedyś Linneusz, a relację z jego wizyty w Malmö można znaleźć w jego dzienniku.  Parter drugiej zajmuje zapierająca dech w piersiach... Apteka Pod Lwem. Wnętrze nie zmieniło się od ponad stu lat i pełne jest rzeźbionych w drewnie lwów, mozaik, mosiężnych kranów, a na galeryjce wokół sufitu mieści się imponująca wystawa fajansowych słojów na leki. 

W centrum do zobaczenia jest jeszcze oczywiście Malmohus, czyli miejski zamek. Przyznam szczerze, że mnie nie zafascynował. Jest raczej nieduży i mieści w sobie kilka oddziałów muzeum miejskiego (warto sprawdzić aktualne kolekcje, wstęp nie jest drogi: dla studentów 20 SEK). Najciekawsza była mała wystawa poświęcona Białym Busom (Vita bussarna). Białe Busy to akcja szwedzkiego i duńskiego Czerwonego Krzyża, której celem było przewiezienie jeńców z obozu koncentracyjnego w Theresienstadt (dzisiejszy czeski Terezin) do Szwecji, państwa neutralnego. Mniej więcej połowę ludzi uratowanych w ten sposób stanowili Duńczycy, w przeważającej części duńscy Żydzi, a w połowie ludzie innych narodowości, w tym Polacy. Białe busy z namalowanym na boku czerwonym krzyżem miały się wyróżniać na tle innych wojskowych pojazdów, co miało chronić je przed atakami, na przykład z powietrza. 
Muzeum naprawdę wartym zwiedzenia, jeżeli oczywiście lubicie sztukę nowoczesną, jest Moderna Museet, oddział muzeum sztuki nowoczesnej w Sztokholmie. Dlaczego to jest ważne? Ponieważ od roku wstęp do kilkudziesięciu państwowych muzeów, mieszczących się głównie w Sztokholmie, jest darmowy. Do tego również. Budynek muzeum jest doskonale widoczny z daleka, nawet przy złej pogodzie, gdyż jest jadowicie pomarańczowy. A przynajmniej ta nowa część. Stara została zaadaptowana z budynku elektrowni, pochodzącego z początku XX wieku. W pomieszczeniu warsztatowym nadal można zobaczyć ogromną pompę, która kiedyś zasilała miasto w prąd. Mnie udało się zobaczyć naprawdę fantastyczną wystawę The Artist as Enterpreneur: Market, Court, and Academy. Więcej poczytać możecie o niej TU.

W Malmö warto wyjść trochę poza stare miasto i odwiedzić rejon David’s hall i Möllevången. W okolicach tego pierwszego znajduje się opera i Konsthall, ta druga zaś to dawna dzielnica robotnicza, dzisiaj zamieszkana głównie przez imigrantów. Niezbyt bezpiecznie byłoby się tu bujać w nocy i samej – jak poinformował mnie mój host, w Malmö ostro buszują gangi, czego przykładem jest choćby podłożenie bomby pod budynek jednego z klubów, mieszącego się, o zgrozo, sto metrów od miejsca, w którym się zatrzymałam. Niemniej w dzień warto przejść się na Möllevångstorget, główny plac dzielnicy, gdzie odbywa się wielokulturowy targ i targ staroci. W okolicy znajduje się też Folketspark, pierwszy park, do którego wszyscy mieli wolny wstęp. Można się podśmiewać w duchu dziś, w dobie powszechnego dostępu do terenów zielonych, ale wtedy było to duże osiągnięcie ruchu robotniczego. Muszę Was uprzedzić, że wchodząc na jego teren możecie się nieco zdziwić, co w parku robotniczym robi nieduży meczet. Otóż śpieszę wyjaśnić – to nie meczet, a sala taneczna. Obok mieści się małe muzeum gadów, a pośrodku trawnika tryska wodą fontanna w kształcie olbrzymiej róży. Tak. Fontanna tryska też z jeziora w Pildammsparken, czyli Parku Wierzbowym, który uchodzi za najładniejszy w Malmö i ja się z tym zgadzam, mimo że prawie w nim zamarzłam.
Czego NIE zobaczyłam w Malmö? Otóż nie zobaczyłam słynnej rzeźby Non-Violence, w kształcie pistoletu z zawiązaną na supeł lufą. Nie żebym się nie starała. Schodziłam ten fragment wybrzeża, gdzie teoretycznie miała się znajdować, wzdłuż i wszerz. Nie było i już. Nie uraczyłam się też szczególnie pobytem na plaży. Ale rozumiecie – wiało już w mieście. A na plaży wiało dwa razy bardziej. Wiało tak, że  miałam wrażenie, że wywiewa mi rozum z głowy, więc po postawieniu stopy na piasku uznałam, że plażę można uznać za zaliczoną, po czym udałam się w jakieś cieplejsze strony. A czy je znalazłam, to już inna rzecz.

Czy polecam Malmö? Pewnie, polecam każde szwedzkie miasto, szczególnie przy sprzyjającej pogodzie. Jestem pewna, że latem prezentuje się znacznie, znacznie przytulniej i można tu spędzić długie godziny po prostu wałęsając się to tu, to tam, oglądając fajne budynki, leżąc na plaży, mocząc nogi w morzu, przechadzając się po porcie i molo, przysiadając nad kanałem przy Malmö Live i jedząc gofry. Przy kiepskiej pogodzie można się ciepło ubrać i zrobić to samo. Ja tak zrobiłam. Tylko szybciej. I też było fajnie.

środa, 15 czerwca 2016

Liguria: Cinque Terre

Jak to jest, że ludzie zasiedlają terany tak trudno dostępne, że aby tam dotrzeć trzeba pokonywać dziesiątki kilometrów, wspinać się na góry i przeprawiać się wpław przez rzeki? Co ich tam ciągnie, skąd się tam biorą? Co sprawia, że tak zawzięcie i z mozołem wydzierają nieurodzajnej ziemi te soki, które jeszcze w niej płyną, sieją ziarno, sadzą winorośl i drzewa oliwne, i modlą się o przetrwanie do następnego urodzaju? Fascynuje mnie siła przywiązania do ziemi – bo czym innym wytłumaczyć uparte trwanie w miejscu, gdzie do niedawna nie dało się dotrzeć inaczej jak morzem, klimat jest nieprzewidywalny, ziemia skalista i odludna? Chyba tylko miłością. I pięknem.

Cinque Terre to niewielki spłachetek ziemi obejmujący pięć starych wiosek rybackich i górzysty teren, rozciągnięty pomiędzy nimi. Dziś obszar ten jest pod ochroną – utworzono tu pierwszy we Włoszech park narodowy. Do dziś pozostaje najmniejszy, najgęściej zaludniony i o ogromnym walorze kulturalno-przyrodniczym. Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare zostały założone już we wczesnym średniowieczu. Zajmują skaliste cyple lub zatoki, ściśnięte kolorowe kamienice posadowione są tarasowo coraz to wyżej, ulice pną się stromo pod górę. Ich mieszkańcy zajmowali się przez szereg lat rybołówstwem i uprawą winorośli. W początku swojego istnienia miejscowości odgrywały bardzo ważną rolę w ochronie dalej położonych ziem przed atakami od strony morza. Później ogromny problem (mówimy mniej więcej o wieku XV i XVI) stanowili piraci i tutaj również miejscowości Cinque Terre stanowiły forpocztę obrony. Do tego celu służyły między innymi wysokie mury obronne, otaczające kilka z nich. Inne, jak Corniglia, położone są na wysokim klifie, który zapewniał fantastyczne warunki do obrony.

Mniej więcej od XVII do XIX wieku miejscowości powoli popadały w stagnację. Dostęp do nich był bardzo utrudniony – można było się tam dostać albo od morza albo przez mozolną wędrówkę górskimi ścieżkami. Dopiero wiek XIX przyniósł odmianę. Dzięki wybudowaniu większej ilości tarasów (na przykład w Vernazzie) ożyła uprawa winorośli, a co za tym idzie również produkcja wina i handel. Do dziś lokalne trunki uchodzą za przysmak a ich ceny nie należą do najniższych. W XIX wieku wybudowano też wreszcie linię kolejową zwaną Linią Liguryjską, łączącą Pizę z Genuą. W 1874 roku, na ostatnim etapie budowy, połączono nią również miejscowości Cinque Terre. Było to, jak na owe czasy, wielkie osiągnięcie techniczne: tory musiały podążać wzdłuż pofalowanej linii brzegowej, tuż na skraju morza, przebijać się przez skały, opierać się osuwaniu ziemi i uderzeniom fal. Na odcinku 44 kilometrów pomiędzy La Spezią a Sestri Levante znajduje się 51 tuneli o łącznej długości 28 kilometrów (!). Dodatkowe utrudnienie w budowie stanowiły silne sztormy kilkakrotnie przerywające prace, a także fakt, że wszystkie materiały trzeba było transportować ręcznie przez góry. Niemniej przedsięwzięcie się udało i od połowy XIX wieku turyści, poszukujący idyllicznych włoskich widoków, mogli zacząć odkrywać na poły zapomniane przez czas tereny Cinque Terre. I czego oni tam nie odkryli!

My postanowiliśmy zwiedzić Cinque Terre na nogach. W przewodnikach polecają przeznaczyć na ten cel około dwóch dni ale my, głęboko przekonani że nasze młode nogi poniosą nas znacznie sprawniej od nóg autorów przewodników, postanowiliśmy przejść wszystkie pięć wiosek z jeden dzień. Trasa jest najzupełniej do wykonania, zwłaszcza jeżeli obierze się szlak wiodący tuż przy morzu, tak zwane molo. Część tego szlaku to słynna Lazurowa Ścieżka, skąd roztaczają się malownicze widoki na kolejne wioski i obłędnie turkusowe morze. Niestety, podczas naszego pobytu większość owej ścieżki była zamknięta z powodu remontu oraz niesprzyjających warunków pogodowych. Tak więc zdecydowaliśmy się na trek – powieliliśmy kroki setek mieszkańców Cinque Terre i przeprawiliśmy się przez góry, i rozciągnięte na nich sady, winnice i pola uprawne. Ta trasa wymaga trochę więcej czasu i wysiłku ale nie wynosi więcej niż 10-12 kilometrów. I zaręczam Wam – widoki rekompensują z nawiązką strome podejścia i częściowe błądzenie w poszukiwaniu oznaczeń szlaku. Ale po kolei.

Zaczęliśmy od Riomaggiore, czyli wioski do której nie dotarliśmy poprzedniego dnia. W ten sposób postanowiliśmy jakby wracać w stronę Sestri Levante, gdzie mieszkaliśmy. Polecam pokonywać tę trasę właśnie od tej strony, przede wszystkim dlatego, że jej początkowe etapy nie są zbyt długie i trudne. Czas przejścia między Riomaggiore a Manarolą to około godziny, do kolejnej wioski dochodzi się również w godzinę, a następnie czas się wydłuża do półtorej czy nawet dwóch godzin. W ten sposób najdłuższa część trasy zostaje nam na koniec i jeżeli mamy czas i siłę, możemy ją również przejść, a możemy przejechać pociągiem i nie zniechęcamy się już na wstępie. Ponadto elewacja szlaku również jest bardziej sprzyjająca – mamy tu dłuższe podejścia i krótsze, bardziej strome zejścia. Widoki są doprawdy fantastyczne z obu stron, więc to raczej bez różnicy. Tym co mi się osobiście podobało, było stopniowe budowanie napięcia przed zobaczeniem Vernazzy, najsłynniejszej wioski Cinque Terre. To czwarta miejscowość z kolei i człowiek faktycznie nie może się jej już doczekać, ale kiedy wieża fortecy wreszcie wyłoni się zza skały...

RIOMAGGIORE

W Riomaggiore przywitał nas przede wszystkim tłum turystów. Szybko uciekliśmy więc w górę, w poszukiwaniu szlaku. Główna droga pnie się ostro, po obu stronach wąskie kolorowe kamieniczki, w każdej knajpka, sklep z ręcznymi wyrobami albo pamiątkami. Mało turystycznej plastikowej tandety, widać że tu celuje się oczko wyżej, że zachodzą tu ludzie o nieco zasobniejszych portfelach, bardziej wyrafinowany (albo wybredny) rodzaj turysty. Tłum się nie zmniejsza ale wystarczy nieco zboczyć z głównej drogi i zagłębić się w plątaninę wąskich przejść i uliczek, schodków, niskich progów, prania zwieszającego się z okien, latarni i kwiatków żeby nagle stało się pusto i cicho. Tylko nasze kroki na kamiennych chodnikach.

Wspinamy się wyżej i widzimy coraz więcej dachów, coraz więcej ogródków z góry. Pierwszy raz zauważamy mnogość drzewek cytrynowych, których gałęzie uginają się pod ciężarem owoców. Część z nich leży w skrzynkach czekając na umycie i przerobienie. Wszędzie kwitną róże. Ponad dachami domów ukazuje się morze. Niestety pogoda jest raczej pochmurna i turkus wody jest jakby przydymiony ale białe bałwany fal stanowią dla niego dobry kontrast.

Poszukiwania szlaku trwają. Ludzie wracający z wejścia na Lazurową Ścieżkę, która jest zamknięta, kierują nas na prawo ale znaków brak, idziemy więc na czuja. W oddali jakieś figurki chyba rzeczywiście wspinają się między krzakami pod górę ale nie mamy pewności jak się tam dostać. Ale wreszcie jest – jest szlak. Zaczyna się niskim kamiennym mostkiem przerzuconym nad strumieniem a potem jest strome podejście między jabłoniami i coraz szerszy widok nam się odsłania. Idziemy winnicami.

MANAROLA

Zejście do Manaroli jest strome, kamieniste, jeden nieuważny, lekkomyślny krok i ląduję na zadku. Zadek wychodzi na szczęście bez szwanku. A miasteczko jest niesamowite. Na samym środku głównej drogi, w centrum, duży plac, kręci się na nim duża grupa dzieci. Siadamy na moment i przyglądamy się małym sojuszom i konfliktom. Potem schodzimy niżej, na nabrzeże. Mijamy kolorowe łodzie ustawione wzdłuż kamienic, pomiędzy nimi wciśnięte stoliki restauracji i kawiarni. Ze skały na której ściśnięte są kolorowe domku wychodzi nitka kolei. Przechodzimy nad nią i schodzimy niżej, półkolistym zejściem wprost do morza. Kamienista zatoczka przy dobrej pogodzie musi być pełna kołyszących się łódek. Tego dnia kamienie obryzgane są słoną wodą, fale z hukiem uderzają o klif. Odchodzimy trochę dalej nadmorską ścieżką, mamy nadzieję, że dalsza część jest otwarta ale niestety, drogę zagradza nam krata. Wąskie przejście się osunęło, trzeba czekać na renowację. Cofamy się i idziemy, znów kierując się przeczuciem i sprzecznymi informacjami uzyskanymi od ludzi mijanych po drodze. Mnóstwo kamiennych schodków i ruin kamiennych chat. Zostały z nich tylko ściany porośnięte bujnymi krzakami. Mijamy oliwne gaje, pomiędzy drzewami rozpostarte są siatki do łapania spadających oliwek. Znajdujemy drogę a znaki pokazują, że przed nami ponad godzina drogi do Cornigli. Co tam, idziemy, wspinamy się, widoki przepiękne. Ze szczytu pagórka pomiędzy jedną a drugą wioską krajobraz wygląda jak namalowany akwarelką, kolory są rozmyte i pastelowe, światło prześwieca miękko przez chmury. I ten błękit! Szum morza!


CORNIGLIA

Do Cornigli schodzimy pomiędzy winnicami, wąskimi ścieżkami meandrującymi między krzewami, wokół kamiennych domków, użytkowanych i takich w ruinie. Potem droga prowadzi kawałek przez las, a potem ją widzimy, spakowaną ciasno na cypelku. Schodzimy obok kościoła San Pietro, który ma piękną rozetę z jasnego kamienia i niski murek, na którym można przysiąść i pooglądać miasteczko rozciągnięte w dole, popatrzeć ludziom w okna i na dachy. W kościele jesteśmy świadkami pewnej sceny – kobieta obok nas najpierw zaczyna po cichu śpiewać Amazing Grace. Ma może trzydzieści kilka lat, jest ubrana w trekingowe ciuchy, na głowie czapeczka i po cichu, jakby tylko dla siebie, śpiewa. Po chwili śpiew milknie i kobieta zaczyna rozpaczliwie płakać. W kościele każdy dźwięk słychać w dwójnasób, płacz niesie się pod kamienny sufit a my nie do końca wiemy co robić. Podejść? Zapytać czy wszystko w porządku? Za chwilę jednak ktoś się zjawia, pyta, to chyba ktoś z jej wycieczki. Kobieta coś mówi, kręci głową. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego płakała. Może spotkało ją coś złego. Albo dobrego. Albo była tu z kimś, kogo już nie ma. 

Corniglia położona jest na klifie i nie ma bezpośredniego zejścia do morza. Jest tu za to taras, z którego można podziwiać linię brzegową, strome ściany opadające prosto w spienione fale. Widać również Manarolę. Riomaggiore schowane jest za załomem, w zatoce. Znów wąskie uliczki, znów knajpki, stare jak świat kościoły, kamienne chodniki. Pięknie. Z Cornigli do Vernazzy chcemy już jechać pociągiem, bo ostatni odcinek dał nam się we znaki. Ale pani w informacji mówi, że ścieżka wzdłuż morza jest otwarta i decydujemy się iść. Skoro już zaszliśmy tak daleko, to co mamy się poddawać. Kiedy jednak próbujemy znaleźć niebieski szlak, ten wzdłuż morza, to okazuje się, że pokrywa się on z czerwonym, tym przez góry. Innej drogi nie ma, idziemy więc. Wspinamy się najpierw przez winnice, trawersujemy półkoliste zbocze pełne równo rozpiętych winorośli. Po lewej morze, ciągły szum w uszach. Potem szlak prowadzi, ku naszemu zdziwieniu, przez czyjś ogródek, kwitną róże, mam ochotę ukraść ogromną czerwoną truskawkę ale z wysiłkiem się powstrzymuję. Przyzwoitym trzeba być. Idziemy dalej. Droga zaczyna prowadzić przez las. Schodzimy w dół i w dół, ciągle nie widać tej Vernazzy. Gdzie ona się chowa? Dalej ścieżka wykuta w skale, wielkie agawy z liśćmi jak macki. I wreszcie – jest. Widać. 

VERNAZZA

Wynurza się brązowa wieża i całe miasteczko. Jest piękniejsze niż na zdjęciach, niż w filmach. Ciężkie szare niebo przytłumia pastelowe barwy domków, są mniej krzykliwe, bardziej jednolite. Ciekawe czy ktoś ustala, który domek jaki kolor ma nosić? Vernazza jest większa niż inne miejscowości, kamienice z bliska są wyższe, szersze, nie tak ściśnięte. Kilka wież kościelnych dzwoni na mszę, bo już siódma wieczorem. Schodzimy krętą ścieżką w dół, do głównej ulicy i dalej nad marinę. Płyta ryneczku schodzi na małą plażę i do zatoki. Po lewej ciągnie się falochron, na który nie ma wstępu bo fale są zbyt silne, widzimy jak uderzają w kamienne krzyżaki. Kropi, niebo jest bure, wiatr szarpie nam ubrania. Schodzimy na plażę. Widziałam tyle zdjęć tego miejsca. Znam je z pocztówek. I oto jesteśmy tutaj. Kamienice wokół rynku są krwistoczerwone, ich fronty zniszczone przez, jak się dowiadujemy, wielki sztorm i powódź, która nawiedziła Vernazzę kilka lat wcześniej. Woda zabrała cały rynek i zalała najniżej położone kamienice. Plac odbudowano ale ślady nadal pozostały. 

Jesteśmy już bardzo zmęczeni, chodzimy bez przerwy od ośmiu godzin i nogi, choć młode, trochę odmawiają nam posłuszeństwa. Decydujemy się więc nie iść już do Monterosso, tylko jeżeli się da, jechać pociągiem. Ale pociągi nie kursują już tak często, ponadto trzeba jeszcze wrócić do siebie, do Sestri. Ostatecznie więc nie trafiamy do ostatniej wioski ale bynajmniej nie czujemy się pokrzywdzeni. Widzieliśmy o wiele więcej niż gdybyśmy przemieszczali się tylko pociągiem, trek wynagradza nam brak tej ostatniej, piątej mariny. Czekamy jeszcze chwilę i wracamy. W Sestri meandrujemy w poszukiwaniu drogi do mieszkania, po drodze znajdujemy cudowną rodzinną Gastronomie, gdzie kupujemy domowe jedzenie, lazanię, placek z cukinią, kruche ciasto z dżemem. Teraz tylko na ostatnich nogach dojść do mieszkania, zjeść, otrzeć łezkę nad niebiańskością jedzenia i zasnąć kamiennym snem, z szumem morza w uszach.

środa, 8 czerwca 2016

Liguria: Piza, La Spezia i Portovenere

Pomyślałam sobie, że blogowe nadrabianie zacznę od końca, to znaczy od ostatniej wycieczki – do Ligurii. Słyszeliście o tym regionie? Ja przedtem w ogóle. Dopiero W. hasłem "Jedźmy do Cinque Terre" sprawił, że zauważyłam ten wąski pasek lądu sięgający od Pizy aż do Monako. Liguria podobno nie jest popularnym kierunkiem wakacyjnym wśród Polaków, którzy wolą plaże Bibione, Rzym, Sycylię albo Toskanię. Zachodnie wybrzeże Włoch nadal pozostaje nieco na turystycznym uboczu a niesłusznie, bo to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam. Nazywana jest włoskim Lazurowym Wybrzeżem i jest w tym sporo prawdy – tak właśnie wyobrażałam sobie riwierę. Jest tu co prawda mniej apartmentowców i hoteli, mniej szerokich piaszczystych plaż i klubów, przyroda mniej okiełznana a teren bardziej górzysty niż nad Adriatykiem. Dzięki temu jednak region zachował w sobie jakąś autentyczność. I mimo tego, że Cinque Terre rokrocznie zalewane jest przez masy turystów, zwłaszcza ze Stanów, Wielkiej Brytanii i Skandynawii, to kiedy zejdzie się z głównej drogi nadal czuć tam atmosferę starych rybackich wiosek, w których toczy się zwyczajne życie. W La Spezii przy nabrzeżu nadal cumują kutry rybackie z masą poplątanych sieci, które mozolnie naprawiają ich właściciele, w Portovenere wiatr chłoszcze po twarzy a fale z hukiem walą o skaliste klify, w Santa Margherita Ligure nad zatoką wznoszą się XIX-wieczne wille z ogrodami pełnymi palm i glicynii, a morze nosi ten odcień turkusu, którego nie widziałam nigdzie indziej. 

PIZA

W Pizie lądujemy w środę wieczorem. Jakie to zabawne – w pięćdziesiąt minut przenieść się z trochę deszczowej Szwajcarii do Włoch, gdzie powietrze zupełnie inaczej pachnie, kamienice są żółte, a nie białe, a w najbliższym barze można dostać espresso za śmiesznie niską cenę (kawa prawem każdego obywatela). Loty to chyba najbliższy teleportacji wynalazek, jaki udało się ludzkości skonstruować. Zatrzymujemy się tutaj tylko na jedną noc, nazajutrz przed południem chcemy wyjechać do La Spezii i zacząć zwiedzanie właściwej Ligurii. A Piza to przecież wciąż Toskania. 

Wieczorem zrywa się straszna ulewa ale deszcz jest ciepły i pachnący. Z okien hostelu (mamy pokój na czwartym piętrze) rozpościera się widok na odrapane kamienice w kolorze terakoty, w oddali rysują się góry. Chodnik lśni tłusto w świetle lamp. Rano deszcz to przechodzi, to wraca. Idziemy zobaczyć obowiązkowy punkt wycieczki do Pizy czyli Krzywą Wieżę (przypomina mi się, że kiedy marzyło mi się zobaczyć krzywą wieżę i proszę, oto zaraz ją zobaczę. Zupełnie przypadkiem, przejazdem gdzie indziej, kiedy już dawno o tym marzeniu zapomniałam). Okazuje się, że Piza ma o wiele więcej do zaoferowania niż tylko słynny Piazza dei Miracoli – to bardzo przyjemne niewielkie miasto z mnóstwem wąskich uliczek, parków (na przykład najstarszym w Europie uniwersyteckim ogrodem botanicznym) i pięknych kamienic. W międzyczasie znów łapie nas deszcz i w płytkach Piazza dei Cavalieri odbijają się malowane fasady.

Sam Plac Cudów jest niesłychanie zatłoczony co jest dla nas sporym zaskoczeniem po w miarę pustych ulicach w centrum. Wszyscy robią sobie zdjęcie w słynnej pozie, my też, choć niby że ironicznie (aha). Zastanawiamy się, czemu właśnie Krzywa Wieża stała się tak popularna wśród turystów. W końcu cała jej niezwykłość polega na tym, że... nie stoi prosto. I już. Wygina się w prawo a potem, u szczytu, znów w lewo. "It has a shape of a banana" mówi jedna z przewodniczek. Grono ludzi zadziera głowy do góry, pstrykają migawki. Wieża ma kształt banana, bo kiedy okazało się, że fundamenty zaczynają się przekrzywiać, kolejne piętra dobudowano ze ścianą wyższą z jednej strony. Okazuje się, że wejście wszędzie jest płatne i bardzo drogie więc raczej zostajemy na placu i powoli obchodzimy go dookoła razem z tłumem, który to wyjmuje, to składa parasole z wizerunkami włoskich zabytków (sprzedają je tu za 4 euro). To, że Krzywa Wieża jest krzywa widać najlepiej zaraz przy podstawie. Z jednej strony fundament jest na poziomie gruntu, z drugiej zagłębia się mniej więcej dwa metry w ziemię.  Trochę nie wiemy więc, po co wchodzić do środka. Może chodzi o uczucie krzywości. Baptysterium, okrągły budynek stojący vis a vis wejścia do katedry robi na mnie największe wrażenie. Wydaje się zrobiony z koronki, olbrzymia kopuła otoczona jest filigranowymi rzeźbieniami. Katedra przypomina trochę tę w Mediolanie tylko w pomniejszeniu. Fronton wykładany jest kolorową mozaiką a dwie pary misternie odlewanych drzwi ozdabiają powykręcane łodygi róż. Poszczególne filary na tylnej fasadzie mają różne kolory, są białe, niebieskawe, szare i różowe.

Cały plac otoczony jest wysokim białym murem, który z jednej strony przytyka do Camposanto Monumentale czyli Starego Cmentarza. Uważany jest on za jeden z najpiękniejszych na świecie. Jest faktycznie monumentalny, kolumny w Wielkim Holu dwoją się w oczach, a freski, na które zdążyliśmy rzucić okiem, robią wielkie wrażenie. Wracamy obok Łaźni Nerona, z których zostały tylko ruiny porośnięte piniami, przez rzekę Arno, która jest dziwnie bura w porównaniu z Renem i przez fortecę Citadella Nuova. Rząd kamienic wzdłuż rzeki ma różne odcienie tej samej żółci, która odbija się jasno na tle nieba. Szybko zabieramy plecaki i biegniemy na dworzec, żeby złapać pociąg do La Spezii.

LA SPEZIA

To, co należy wiedzieć o La Spezii to to, że właściwie w ogóle nie jest turystyczna, co jest jedną z jej największych zalet. Nie ma tu zapierających dech w piersiach widoków, muzeów na skalę światową, nie-wiadomo-czego. Jest za to bardzo urokliwie. La Spezia położona jest nad olbrzymią zatoką o tej samej nazwie, gdzie znajduje się port przeładunkowy, port włoskiej marynarki wojennej, port jachtowy, rybacki i każdy inny. Marina ciągnie się kilometrami ze wschodu na zachód, więc tacy miłośnicy łódek wszelakiego autoramentu jak ja na pewno będą zachwyceni. Oprócz tego w La Spezii znajduje się zamek, Castello San Giorgio, z którego roztacza się fantastyczny widok na miasto i nabrzeże. La Spezia położona jest częściowo na pagórkach, które ciągną się zresztą wzdłuż całej Ligurii. Ulice ciągną się zaś prostopadle do pagórków, wspinają schodami wyżej i wyżej, obrośnięte są palmami i różami, ogólnie buszem, i są absolutnie czarujące, jak schody do zupełnie innej krainy. Oprócz tego kamienice – cóż to za uczta dla oczu! We wszystkich odcieniach bieli, beżu, żółci i terakoty, wysokie, stojące całkiem osobno tak, że okna wychodzą na cztery strony świata. Wszystkie są dość bogato zdobione i doskonale utrzymane. Tylko w centrum parę uliczek jest nieco obdrapanych, co również ma swój urok.

W La Spezii szwendamy się tu i tam, idziemy zobaczyć nabrzeże i w oczy rzuca nam się pierwsza aleja palmowa w czasie wycieczki. Palmy są ogromne, krzaczaste i nikną w oddali. Marina jest bardzo rozległa. Wzdłuż molo zacumowane są kutry rybackie – takie zwykłe kutry, ze zwojami sieci, zwałami desek i narzędzi, trochę obdrapane, trochę zaśniedziałe. Kręci się wokół nich kilku mężczyzn. Jeden z wprawą łata sieć, inny porządkuje łódź. Zastanawiam się, ile lat w zatoce La Spezia ktoś naprawia sieci i porządkuje łodzie, i wydaje mi się, że ten czas trzeba liczyć w stuleciach. A kutry stoją tu sobie obok lśniących, chromowanych jachtów wielkości małych domków. I obok szarych wojennych krążowników. I zwykłych jachtów żaglowych. Och, co w tej marinie nie stoi, nie kołysze się i nie skrzypi linami.

Aleje palmowe są wspaniałe ale równie wspaniałe są aleje pomarańczowe. Nigdy wcześniej takich nie widziałam. Rosną sobie tak po prostu, jak u nas aleje kasztanowe. Niewielkie drzewka stoją równym szeregiem wzdłuż chodnika, a z gałązek zwieszają się ciężkie, okrągłe owoce. Wyglądają jak małe słońca. Wspinamy się na zamek San Giorgio i szwendamy wąskimi uliczkami. Na Via Magenta jemy obiad w fantastycznej lokalnej restauracji – można zamówić tu pizzę w wielkich nieregularnych kawałach, włoskie piwo i lokalną specjalność czyli farinatę. To placek z mąki z ciecierzycy, który wyglądem przypomina trochę placki ziemniaczane. Wszystko jest pyszne. Po obiedzie idziemy dalej. Chcemy zobaczyć katedrę ale nie robi na nas wielkiego wrażenia. Jest wciśnięta między kamienice obok niewielkiego placyku z parkingiem. Nie ma klimatu. Niestety nawet malowniczo obłupane rzeźbienia na kamienicy obok nie poprawiają wrażenia. Czas nas goni więc idziemy dalej, w stronę targowiska niedaleko Piazza Cavour, skąd odjeżdżają autobusy do Portovenere. Pod zadaszeniem zostały tylko pozostałości po codziennym targowisku, smutnie porzucone liście sałaty i marchwiane nacie. Bilet kupujemy w małym kiosku i pytamy panią, gdzie jest przystanek i czy to właśnie tu. Mimo tego, że nie mówimy po włosku, a pani po angielsku, dogadujemy się bez problemu. Okazuje się, że to tu. Idziemy na przystanek. W międzyczasie zaczyna padać więc chowamy się pod drzewko. Pomarańczowe.

PORTOVENERE

Droga z La Spezii do Portovenere prowadzi wzdłuż wybrzeża. Miasteczko leży na cyplu zamykającym zatokę od zachodu i można się do niego dostać również łodzią, ale my wybieramy krętą drogę i widoki na kolorowe wille przedmieść La Spezii. Podróż trwa około 30 minut. Końcowy przystanek znajduje się pod Grand Hotelem i kiedy wysiadamy wiatr omal nie urywa nam głów. Niebo jest szarobure a oszałamiająco turkusowe morze wzburzone. Wąskie gardło przesmyku obryzgują pióropusze fal. Portovenere ulokowane jest nad nad zatoką utworzoną naturalnie między półwyspem a wyspą Palmarią. To kilka ulic wykutych serpentyną w skale, kilkadziesiąt wąskich kamieniczek przytulonych jedna do drugiej, a to wszystko opasane szarym murem, z górującym nad nim zamkiem. Główny deptak prowadzi wzdłuż nabrzeża, przy którym buja się kilka samotnych łodzi. Nie ma pogody więc parasole przy restauracjach są złożone, nikt nie siedzi przy stolikach, tylko wiatr dmie i szumią fale. Po drugiej stronie zatoki wznosi się czarna skalista ściana Palmarii. Z jednej strony jest nam trochę szkoda, że nie widzimy Portovenere w pełnej krasie, w palącym słońcu i morzu spokojnym jak tafla. Ale z drugiej strony nasze doświadczenie jest inne, niezwykłe. Widzimy drugą stronę miejscowości, liczę że bliższą prawdziwej. Tej bez turystów, leżaków i hoteli, a za to  codziennej i nie tak kolorowej.

Po drugiej stronie deptaka zaczynają się schody prowadzące do kościoła San Pietro, który posadowiony jest na samym końcu cypla. Po prawej widzimy jednak niskie przejście w murze, za którym coś błyszczy, coś się przewala. Nad przejściem widniej kuta tablica Grotta Byron, "w honorze poecie Byronowi, który był niestrudzonym pływakiem". Przechodzimy i zapiera nam dech. Białe bałwany huczą o skały. Turkus morza aż kłuje w oczy, po przeciwnej stronie zatoki wysoki biały klif przez moment oświetla jakiś zbłąkany strumień słońca. W oddali granatowe chmury jak na fresku. Cały ten obraz jest jakby nierzeczywisty, jakbyśmy oglądali jakiś włoski landszaft. A jednak. Włosy tańczą wokół głowy, do ust przylepia się rozpylona morska woda, w uszach szum. 

Zgodnie stwierdzamy, że kościół San Pietro jest wprost stworzony do brania ślubu. Jest mały, kamienny i stary jak świat, a przez wąskie okna za ołtarzem prześwieca niebieskie morze. Widocznie nie tylko my doszliśmy do tego wniosku, bo z przodu stoją dwa niskie taborety przybrane kwiatami. Ale kościół San Pietro jest również dawną fortecą. Można wejść powyżej dachu wąskimi kamiennymi schodkami i podziwiać drugą stronę zatoki (albo wypatrywać wrażych okrętów). Wyczytałam, że Portovenere już od czasów rzymskich było fortecą obronną i nosiło wtedy nazwę Portus Veneris, port Wenery. Co ciekawe przetrwało w niezmienionym stanie niemal do dzisiaj, mimo przejęcia przez wojska bizantyjskie, germańskie, potem przeróżne włoskie, mimo bycia świadkiem wojen i morskich potyczek. Walczył o nie Napoleon, walczyli inni, co wywalczyli to ich. Na początku XIX wieku Portovenere zaczęło być popularne wśród turystów i podróżników. Cała zatoka pomiędzy nim a Leirci jest nazywana Zatoką Poetów, bo przebywali tu i Byron i Shelley (ten ostatni się tu nawet utopił), i inni. Lata 50. XX wieku to rozkwit turystyki w całym Cinque Terre.

Widok z fortecy jest niesamowity. Wspinamy się jeszcze do drugiego kościoła, San Lorenzo i zapuszczamy się w kamienne przejście, za którym natrafiamy na cmentarz. Wykuty jest wysoko w skale, zwykłych grobów jest tu niewiele a tych kilka wysypanych jest białymi muszlami i skierowanych w stronę morza. Reszta dawnych mieszkańców spoczywa w marmurowych kryptach. Wiatr dmie nadal, w dole fale rozbija się o skały i czuję się jak w Dostatku Michaela Crummey'a. Panuje tu ten sam surowy spokój i wyraźnie odczuwalne współistnienie ludzi i morza.

Potem schodzimy wąskimi uliczkami w dół, przez starożytną bramę i w stronę Grand Hotelu. Czas wracać do La Spezii, czeka nas jeszcze podróż do Sestri Levante, gdzie mamy się zatrzymać przez kolejne trzy dni. Za nami Portovenere, przycupnięte na końcu cypla, otoczone szarym murem z kamienia, z cmentarzem wyglądającym na morze, widujące Byrona i Shelleya, na co dzień i tak zanurzone w pracy i morskiej pianie – nadal trwa tak samo jak kiedyś. Mimo zmian dekoracji.