czwartek, 19 stycznia 2017

Z pamiętnika młodej biegaczki #1

Młodej jak młodej. 
Nie starej, rzecz jasna, ale z pewnością biegać można dłużej i będąc zdecydowanie młodszym ode mnie. Ale ja nie o tym.

Gdyby ktoś kilka lat temu mi powiedział, że oto, widzisz, za kilka lat z własnej nieprzymuszonej woli będziesz wstawać od biurka, wkładać obcisłe legginsy, kurtkę, czapkę, wciskać słuchawki w uszy, i biec tam i z powrotem przez szalone kilkadziesiąt minut pomyślałabym, że ta osoba albo jawnie ze mnie kpi, albo naprawdę źle mi życzy. 

Bo ja jeszcze do niedawna szczerze, uczciwie i bez skrupułów nienawidziłam biegać. No bo pomyślcie, co to za idiotyczny sport. Głupszego chyba nie ma. Już pal licho te obcisłe ciuchy, te gadżety co je niby musisz mieć, bo inaczej to w ogóle nie przebiegniesz nawet metra, te buty za ciężkie pieniądze, ten biegowy styl, nie wiadomo po co. Gorsze jest co innego. Dojmująca, obezwładniająca NUDA. Biegniesz. Do przodu. Nie masz piłki, oporu wody, nie zmieniasz stylów, nie koncentrujesz się na przeciwniku, nie uważasz na elementy otoczenia. Biegniesz, kurde, po równym do przodu i jeszcze żeby cię ktoś gonił, ale nie. Sam z siebie biegniesz, sam sobie sprawiasz zadyszkę, wylewasz pot nie skutkiem złożonych kombinacji ciała, tylko jednostajnym, miarowym tup, tup, tup... No, tak mniej więcej widziałam bieganie. Jak pomroczne widmo tych okropnych lekcji wuefu, kiedy kazano nam znienacka biegać w kółko i wstawiano oceny za kondycję lub jej brak.
Nie zrozumcie mnie źle – ja skrycie podziwiałam ludzi, którzy biegają. Mój Boże, jak to jest że im się chce? Jak można lubić bieganie? Jakim herosem trzeba być, żeby biegać te kilometry ot tak, dla siebie? Oprócz tego, mimo wszystko mam trochę rozumu i uświadamiałam sobie, że z bieganiem jest pewnie jak ze wszystkim – im jesteś w tym lepszy, tym bardziej to lubisz. I że bieganie to tylko środek do celu – żeby być sprawniejszym, silniejszym, mieć lepszą kondycję, pracować nad wydajnością. Albo cel sam w sobie – żeby móc przebiec tyle a tyle. A ja nie byłam sprawna, kondycja spadała mi na łeb na szyję, a przeglądanie w lustrze zaczęło być stresujące. I patrzyłam na tych biegających ludzi, dookoła siebie i w internecie, i wydawali się zadowoleni. Chwalili sobie. Patrzyłam i patrzyłam, aż się napatrzyłam, i któregoś dnia w kwietniu włożyłam buty, które nabyłam za śmieszne pieniądze w jakimś zrywie sportowym kilka lat temu, ciuchy co miałam i poszłam do parku. Złapałam jakieś radio w telefonie, grali elektro, podobało mi się. Potruchtałam w kółko trzy razy. Nie było tak źle. Nie było super, ale nie było tragicznie. Inni biegający po parku nie wyglądali wcale bardziej profesjonalnie ode mnie. Pomyślałam sobie – oni mogą, to ja też. Postanowiłam dać temu bieganiu szansę. Napisałam sobie w kalendarzu: grunt to zacząć. 
No i tak sobie biegałam trochę w kwietniu, trochę w maju, ale bez zacięcia. Potem w czerwcu zrobiło się gorąco, poza tym pisałam magisterkę i chudłam bez uprawiania sportu, więc machnęłam ręką. Łatwo się macha na coś, czego się za bardzo nie lubi. Zaczęłam znów pod koniec sierpnia, w Polsce. Moi rodzice mieszkają w górach, ale stwierdziłam, że dam radę, trochę sobie potruchtam. Dla oderwania myśli. I tak truchtałam pół godziny, czterdzieści minut. Ale też bez zacięcia. Raczej się zmuszałam. Że skoro zaczęłam to... 
Ale te elewacje. 
A jak mnie coś przejedzie na tej wąskiej drodze? Te zakręty są naprawdę niebezpiecznie. 
Po deszczu robi się błoto i wpadam w kałuże, całe buty mi przemakają, ble. 
Na tej wsi są tylko trzy trasy, już naprawdę mam dość biegania w kółko w te same miejsca. 
Co mi po tych polach, łąkach i koniach pasących się malowniczo, jak ja tu zdycham na niedotlenienie. 
Jak widzicie, same przeszkody.
Nie wiem jednak, w którym momencie coś mi się w głowie przestawiło i pomyślałam, że już dość. Wystarczy tego miauczenia. Nikogo to nie obchodzi i lepiej weź się w garść. Biegasz moja droga, albo nie biegasz. 
No i postanowiłam, że biegam.

Czasem człowiek sam nie wie, do czego jest zdolny. Ustaliłam sobie na ten rok dwa cele, jeden wydawał mi się możliwy, drugi nieco mniej. Ten pierwszy to dziesięć kilometrów. Co za dystans! myślałam sobie. Niemal olimpijski. Może uda mi się go przebiec do czerwca. Najpierw pięć, potem sześć, zobaczymy. Drugi cel: półmaraton. Ale kiedy! Najwcześniej jesienią. 
Końcem grudnia, już w Bazylei, wróciłam do tego truchtania, tym razem po płaskim i tak truchtałam, najpierw te ostrożne 35 i 40 minut. Ale miałam siłę na więcej. Czyżby te elewacje jednak coś dały? Pobiegłam 45 minut. Dałam radę. Pobiegłam kilka razy, myślę – pobiegam tak jeszcze ze dwa tygodnie, a potem przejdę do 50. 

Pobiegłam kolejny raz – Boże, jak mi się okropnie biegło. Co sto metrów przystawałam, bo gotowała się we mnie krew i przypominałam sobie wszystkie argumenty przeciw. Że nuda, że bez sensu. Akurat trochę padało i ten obrzydliwy kapuśniaczek sprawiał, że czułam się jak meduza w słoiku. I jeszcze biegłam nad Renem. Nad Renem się nie biega. Nad Renem się cziluje i pije piwo. Wróciłam zła jak osa. 
A potem przyszła sobota i pobiegłam. Nie padało, biegło mi się lekko i dobrze – 50 minut, z zapasem sił. Po czterdziestej minucie zapomniałam, że biegnę, znalazłam wreszcie rytm. No, zatarłam ręce. To następnym razem biegniemy godzinę. Godzinę! Dawniej brzmiałoby to jak kiepski żart.
Pobiegłam. Wróciłam. Z ciekawości zobaczyłam, ile przebiegłam. 
Osiem i pół kilometra. Z przyjemnością.

Czyżby dziesięć kilometrów było jednak bliżej niż mi się wydawało?

niedziela, 15 stycznia 2017

10 powodów dla których dobrze mieszkać w Bazylei

Zaczynam cykl wpisów tylko i wyłącznie o Bazylei! Będę starała się je umieszczać w regularnych odstępach i powolutku oprowadzać Was po wszystkich kątach mojego ulubionego miasta. Nie znaczy to wcale, że wszystko co do odkrycia już odkryłam, przeciwnie. Tyle jest jeszcze do zobaczenia i zrobienia, gdzieś pomiędzy jednym, a drugim brzegiem Renu, między kamienicami z ozdobnym gzymsem i półprzymkniętą okiennicą, a wieżą kościoła ze złotą tarczą zegara. Zwiedziłam wiele, umiem się tu poruszać, mam swoje ulubione kąty, osadziłam się tu już niezgorzej – czas więc też zacząć drążyć gdzieś głębiej. A jak – to już się okaże.

Dzisiaj zapraszam Was na wpis wstępny, w których nakreślam kilka cech Bazylei, które sprawiają, że doskonale mi się tu mieszka. Oczywiście, nie dla każdego takie a nie inne elementy będą ważne, dla mnie jednak składają się w wielce pożądaną całość, która pozwala mi po prostu dobrze tu żyć. Zatem bez zbędnego przedłużania – zaczynamy!


Bazylea ma idealną wielkość, nie jest ani za duża ani za mała. Nie lubię wielkich metropolii, za dużo w nich ludzi i samochodów, za duży jest pęd życia i za dużo czasu zajmuje przemieszczenie się z jednego końca miasta na drugi. Nie lubię też małych miasteczek z ich zatęchłą atmosferą, gdzie co prawda wszędzie jest blisko i zielono, ale każdy każdego zna, a z tras spacerowych masz trzy do wyboru. Bazylea jest w sam raz. Jest na tyle duża, że nie zdążyłam się nauczyć na pamięć wszystkich dzielnic, a na tyle mała, że wyjazd za miasto zajmuje pół godziny tramwajem. Jest na tyle duża, że zawsze coś ciekawego się dzieje, a na tyle mała, że nie dostaję FOMO tylko zerkając na rozkład wydarzeń kulturalnych. Nie ma korków, nie ma kolejek, żyje się spokojnie ale nie ma wrażenia stagnacji.

Kultura i sztuka stoją w Bazylei na światowym poziomie i naprawdę nie przesadzam – w Szwajcarii uważa się ją wręcz za stolicę kultury. Znajduje się tu około czterdzieści muzeów, ale dajmy spokój, nie w liczbie ich siła a w jakości. Zasoby Fondation Beyler, Kunstmuseum, Kunsthalle, Vitra Design Museum czy Tinguely Museum nie odbiegają od zbiorów muzeów sztuki w Paryżu czy Madrycie, a ich kontakty międzynarodowe i, nie ukrywajmy, budżet, pozwalają na wypożyczenie dzieł sztuki z MoMa czy z Muzeum Guggenheima. Tylko w tym momencie można zobaczyć kilkanaście wystaw czasowych, obejmujących między innymi dzieła Pollocka, Kandinskiego i Girarda. Kulturalnie również wiele się tu dzieje – od wielkich festiwali jak Art Basel czy Basel World przez tradycyjne obchody jak Fasnacht, Dreikonige i inne, po slamy poetyckie i mini koncerty w Kaserne. Jest tu teatr, teatr musicalowy, teatr ludowy i kilka mobilnych, które przemieszczają się po mieście. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Nie widzieliście doskonałej komunikacji publicznej jeżeli nie mieszkaliście w Bazylei. Tramwaje i autobusy jeżdżą punktualnie i z zadziwiającą, jak na takie małe miasto, częstotliwością. Jako, że nie ma korków, z jednego końca na drugi można się dostać w czterdzieści minut. Z komunikacją miejską i podmiejską, doskonale skorelowana jest tu komunikacja transgraniczna. Z centrum dojedziemy autobusami i tramwajami do Francji i Niemiec. Ponadto Bazyleę przecina sieć ścieżek rowerowych, o których kiedyś już Wam pisałam. Jeżeli zamiast przemieszczania na kółkach, wolicie przemieszczać się na dwóch nogach, również nie będziecie mieli problemu z dotarciem gdziekolwiek. Znaki nie tylko wskażą Wam dojście do różnych atrakcji, ale także pokierują na urokliwe trasy spacerowe, na przykład wokół St. Margarethen albo na Bruderholzu.

Bazylea nie byłaby Bazyleą gdyby nie Ren. Mam wrażenie, że miasta przejmują cechy rzeki, nad którą są posadowione, że rzeka kształtuje ich tożsamość, pozwala na pewne rozwiązania lub zachowania, inne odrzuca. Ren w Bazylei jest zupełnie udomowiony, obłaskawiony i rozpieszczany jak psiak. Przez cały rok nadaje życiu miasta rytm, a latem przejmuje świadomość mieszkańców, którzy wylegają na jego brzegi dniem i nocą, żeby pływać, jeść, pić i spotykać się z innymi. Kiedy ktoś pyta mnie o ulubiony bar w Bazylei, odpowiadam – brzeg Renu. Tu się biega, je lunche, karmi kaczki, pływa, spaceruje, pije kawę, chodzi na randki, śpiewa – po prostu żyje.

Dzięki posadowieniu na styku trzech granic, Bazyla jest bardzo wielokulturowa – mieszają się tu wpływy niemieckie, francuskie i szwajcarskie, a dzięki uniwersytetowi oraz wielu międzynarodowym korporacjom jak Roche czy Novartis, ściągają tu ludzie z całego świata. Może dzięki temu też uważana jest za najbardziej wyluzowane miasto w Szwajcarii? W każdym razie wpływy te widać w jedzeniu, języku i stylu życia. Niczym dziwnym jest alzacka tarte flambee, niemiecki currywurst i świąteczna budka z raclette tuż obok siebie, na ulicy słychać francuski i angielski, a ludzie nie spieszą się nigdzie tak jak w Zurychu. Takie położenie jest też zbawienne dla studenckiego portfela – łatwo pojechać przecież na zakupy do Niemiec, gdzie jedzenie jest o połowę tańsze, lub na tanią wycieczkę za granicę do niemieckiego Fryburga lub francuskiego Colmaru.

Mówiłam już, jak łatwo i szybko można się przemieści z jednego końca Bazylei na drugi, lub wyjechać całkiem za miasto. To ostatnie warto zrobić, gdyż okolice Bazylei są naprawdę piękne. Już najbliższe przedmieścia, jak Binningen czy Aesh, sprawiają wrażenie, jakby wcale nie znajdowały się piętnaście minut od ruchliwych skrzyżowań, a dalej położone okolice Basel Landu, to po prostu bajka z mchu i paproci. Okoliczne miasteczka są również urokliwe: Riehen z uroczym centrum, muzeum zabawek i barokową willą, Lörrach z różanym ogrodem i ruiną starego zamku, Allschwil, które wygląda jak z pocztówki z tymi domkami z pruskiego muru, okolice Wiese z rezerwatem ptaków – tyle jest do odkrywania tuż za rogatkami miasta.

Oprócz rzeki i bliskości zielonych przedmieść, sama Bazylea również jest bardzo zielona. Nie mówię tu tylko o parkach, których w mieście jest kilkanaście, ale również o zieleni ulicznej. Wiele mniejszych ulic i alejek obrośnięta jest drzewami o widocznie starym rodowodzie. Są tu dwa ogrody botaniczne, a nawet kawałek lasu w Birsfelden. Zielone są nabrzeża Renu, ogródki przydomowe i działki. Wiosna alergicy mają w Bazylei po prostu przekichane.

Bazylea jest bardzo starym i dobrze zachowanym miastem, które korzysta z tej historycznej spuścizny i zgrabnie podtrzymuje dawne tradycje, ale w pozytywnym znaczeniu nie żyje przeszłością. Życie prężnie prze do przodu, wygląd miasta ewoluuje, przekształca się, dopasowuje do współczesnych trendów. Oczywiście, to zjawisko ma nie tylko dobre strony. Część starej zabudowy wyburza się by postawić nowe gmachy szpitali i deweloperskich osiedli, często niszcząc rozwiniętą tkankę miejską. Tak rzecz się miała z alternatywnym barem przy Schanzenstrasse, który wszedł w drogę inwestorom nowego Biozentrum, albo dawnym dworcem kolejowym na Kleinbasel, który poległ na rzecz bezosobowego osiedla dla pracowników Novartisu. Tak jak wszędzie, i tu niektóre okolice się gentryfikują i prywatyzują, stając niedostępne dla wielu użytkowników miejskiej przestrzeni. Ufam jednak, że zmiany te nie przyczynią się do zmiecenia całkiem tej starej Bazylei na rzecz nowej, szklanej i metalowej, żyjącej tylko produkcją leków...

W Bazylei panuje, niezwykły na tę szerokość geograficzną, łagodny śródziemnomorski klimat. Zimy są ciepłe, z umiarkowanymi opadami śniegu, lata gorące i suche, ale nie upalne. Nie przypominam sobie, żebym musiała tu wyciągać grubą zimową kurtkę (może raz, tej zimy, kiedy temperatura spadła do rekordowych minus dziesięciu. Przez dwa dni), ani żebym w lecie umierała z gorąca. Lato jest jednak zwodnicze: siedzi się sobie na słoneczku, które przyjemnie grzeje, a to wskoczy się na chwilę do wody lub tylko zanurzy stopy, i w ogóle nie odczuwa się działania promieni. Potem jednak przychodzi się wieczorem z obliczem spalonym na malinową czerwień. Trzeba uważać! Powietrze jest też bardzo czyste, co jeszcze bardziej odczuwam teraz, kiedy w Polsce panują tak niekorzystne warunki. Przestawienie się z powietrza wrocławskiego na powietrze bazylejskie było jak łyk świeżej wody (jak już odkasłałam ten pył zalegający w płucach).

 Bazylea jest piękna, koniec kropka. 

wtorek, 10 stycznia 2017

Południowa Skania. Lund


Odwiedzając południową Skanię nie można nie zahaczyć o jedno z najsłynniejszych miast Szwecji – Lund. Nie mogłam i ja, tym bardziej, że znajduje się ono dosłownie dziesięć minut jazdy podmiejskim pociągiem z Malmö. To naprawdę ożywione studenckie miasto, które jednocześnie zachowało prowincjonalny urok małej miejscowości – taki z niskimi kamieniczkami i targiem, który co sobotę wystawia się na jednym z głównych placów.

Przyjechałam tam z moim hostem, który, tak się złożyło, studiował w Lund ekonomię. Dworzec jest niewielki, zbudowany z czerwonej cegły, a tuż przed nim znajduje się placyk-rowerowisko, obsadzony wokół powykręcanymi od starości platanami. Na placyku, oprócz rowerów, znalazło się jeszcze miejsce dla kilku rozklekotanych straganów sprzedających wszystko to, co można sprzedać o tej porze roku. Powędrowałam za moim dziarskim przewodnikiem siecią ciasnych uliczek z kamiennymi domkami po obu stronach, które zawiodły nas do samego centrum miasta – pod stary gmach uniwersytetu. Tu mój host grzecznie się pożegnał i pospiesznie oddalił w sobie tylko znanym kierunku, pedałując na białym rumaku... tfu, rowerze w dół skwerku. Zostałam sama. 
W samym sercu średniowiecznego Lund znajdują się gmachy dwóch, przez wieki nierozerwalnych instytucji – kościoła i uniwersytetu. Co prawda, właściwy uniwersytet został założony dopiero w 1666 roku (mniej więcej wtedy, kiedy na Londyn spadła zaraza, a potem spłonął on w wielkim pożarze i wtedy, gdy Izaak Newton zaczął odkrywać prawa grawitacji), jednak szkoła przyklasztorna (studium generale), założona przez franciszkanów, istniała tu od 1425 roku. Jak można przeczytać na stronie uniwersytetu, za tamtych czasów nauczycielom płacono w mięsie i ziarnie, a wypuszczali oni w świat wyłącznie wykształconych księży. Od kiedy jednak Skania trafiła do Szwecji (przedtem stanowiła część Danii), postanowiono podnieść prestiż lundzkiego, cokolwiek prowincjonalnego seminarium do rangi uczelni, co miało zaowocować ustabilizowaniem szwedzkiego panowania nad tymi terenami (nie ma to jak instytucjonalizacja władzy, proszę ja was). Uniwersytet nazwano Regia Academia Carolina, a pod koniec XVII wieku król podarował mu we władanie swój własny zamek, czyli Kunguset (bo do tej pory biedni studenci nie mieli się nawet gdzie podziać. Tutaj nachodzi mnie refleksja, że historia kołem się toczy, i że przez 350 lat niewiele się zmieniło, tylko królów brak). 
Tak więc jeżeli staniemy sobie w samym centrum Lund (które nazywa się Lundgård i znaczy mniej więcej tyle, co ogród lub park Lund), i obrócimy się na pięcie dookoła, zobaczymy wszystkie najważniejsze zabytki. Zakładając, że odwracamy się twarzą do kierunku, z którego przyszliśmy (znaczy na zachód), to przed sobą zobaczymy główny gmach uniwersytetu, z którego szczytu spoglądają na nas dwa sfinksy. Po prawej, w budynku z czerwonej cegły oplecionym winobluszczem, znajduje się Palestra Theologicum albo Palaestra et Odeum, gdzie ulokowała się między innymi sala ćwiczeń studenckiej orkiestry, która, kiedy tamtędy przechodziłam, wytrwale ćwiczyła dęcie w puzon (jak przystało na orkiestrę). Dalej po prawej znajduje się Akademiska Föreningen, czyli budynek stowarzyszeń studenckich (które w Szwecji mają się świetnie, o wiele lepiej niż w Polsce). Obracając się jeszcze bardziej zobaczymy muzeum historyczne, skupiające się głównie na historii katedry. Dalej mamy Kungshset, ów słynny królewski budynek, ofiarowany uniwersytetowi w celu zapewnienia studentom dachu nad głową. Wszystkie te gmachy są zbudowane z ciemnoczerwonej cegły, większość oplata bujny gąszcz winorośli, a z ich wnętrz dobiega nieustający szmer rozmów, przypadkowych dźwięków, trzaskania drzwiami – te wszystkie miłe, znajome dźwięki składające się na rzeczywistość uniwersytetu. Dodatkowo na środku placu porośniętego bujnie drzewami (w końcu to park), pluska wyjątkowo urokliwa fontanna, otoczona obficie zielenią. Jest tutaj jeszcze coś! Jak przystało na porządny szwedzki uniwersytet, w parku znajduje się niewielki kurhanik, otoczony kręgiem kamieni runicznych. Inskrypcje pomalowane są czerwoną farbą, tak żeby łatwiej było odczytać słowa wykute setki lat temu w kamieniu. Bez farby, zakrzywione litery stają się kolejnymi rysami i wyżłobieniami w porowatej strukturze kamienia.
Tak, mamy więc uniwersytet. A co z kościołem? Katedra, ta słynna najstarsza w Szwecji katedra z Lund znajduje się w skrajnym, południowym końcu Lundgård. Jest prosta, wręcz surowa, cała z szarego kamienia, usytuowana zgodnie z regułą ze wschodu na zachód. Wnętrze to hymn na cześć prostoty, skromności, harmonii, porządku. Nie ma tu ozdób, obrazów i świeczników, charakterystycznych dla kościołów katolickich, jest pusto. To właśnie lubię w protestanckich świątyniach – nie przytłacza i nie onieśmiela człowieka nadmiar, jest za to miejsce na zadumę. Katedra jest protestancka niejako z odzysku. Oczywiście zbudowano ją w XI wieku jako katolicką, a od wieku XII była siedzibą arcybiskupstwa na całą Skandynawię (jako druga po Roskilde) i odbywały się tu ceremonie koronacyjne. Od czasu reformacji jednak, religia rzymskokatolicka przestała być dominująca, a utworzony przez króla Christiana III narodowy kościół luterański kategorycznie zrywał z tradycją katolicką. Katedra w Lund wraz z przyległościami przeszła na własność króla, część budynków zburzono, a wnętrze świątyni zostało przebudowane na modłę protestancką. 

Najciekawszą częścią budowli jest prezbiterium. Kopulaste sklepienie w apsydzie pokryte jest bowiem złotą, wyglądająca jak bizantyjska, mozaiką, przedstawiającą Chrystusa w otoczeniu aniołów. Kiedy jednak przyjrzeć jej się bliżej, bizantyjskie cechy jakby się rozmywają, jakoś ta mozaika zaczyna wyglądać zbyt nowocześnie. No i nic dziwnego: została ona bowiem dodana przez Helgo Zettervala, artystę który zajmował się renowacją katedry w latach 20. XX wieku. Złotym elementem jest jeszcze prosty, skrzydłowy ołtarz z XIV wieku, przedstawiający świętych umieszczonych w filigranowych stallach.

Ostatnią atrakcją wnętrza katedry jest ogromny, kolorowy zegar astronomiczny zwany Horologium mirabile Lundense. Pochodzi z XV wieku i wyznacza po kolei godziny, fazy księżyca i dni, pomagając ustalić, czyje święto przypada danego dnia. Dwa razy dziennie, o 12:00 i 15:00, zegar wygrywa melodię, której jednak nie udało mi się usłyszeć. Myślę w ogóle, że zegar nie tylko gra ale i tańczy – w górnej części znajduje się kilka figurek, które na moje oko wyglądały na takie, które potrafię się poruszać. Mogę być też w wielkim błędzie, kto wie.
Tuż obok katedry znajduje się muzeum historyczne. Poszłam tam w złym momencie, to znaczy w momencie, w którym na godzinę wyszło słońce, i okazało się, że katedra wcale nie jest ciemnoszara tylko jasna i gołębia, kamieniczki dookoła zyskały kolory a wieże na tle niebieskiego nieba odcinały się ostrą krawędzią... No, mniejsza. W każdym razie poszłam tam wiedziona ciekawością – nie na temat trzynastowiecznych drewnianych figur ale dziwnych znalezisk, które odkrywano pod posadzką katedry podczas kolejnych renowacji. Widzicie, posadzki katedr i kościołów to jest kopalnia ciekawostek, bo przechowują w sobie setki przedmiotów, które przez wieki wypadały ludziom z kieszeni. Kiedy przez kilka miesięcy uczyłam się skandynawskich runów, odczytywaliśmy między innymi inskrypcje wyryte w kawałkach drewna, które ktoś upuścił, a które zachowały się w kościelnej polepie. No i powiem Wam tyle – nie zawsze były to wersety biblijne, o nie.

Tak więc, lawirując pomiędzy wyblakłymi i popękanymi figurami o twarzach zastygłych na wieczność w wyrazie bezmyślnego rozanielenia, dotarłam do małej wystawki przedmiotów zagubionych. No i czego tam nie było! Złote pierścionki (pechowa ta, która zgubiła), różańce, skórzany sandał (czyżby ktoś zbyt szybko uciekał?), gwizdawki, kości i pionki do gry, grzebienie, noże, ostrogi i karty do gry (ohoho, ktoś tu chodził do kościoła pod przymusem!), no i oczywiście karteczki z inskrypcjami. Niestety inskrypcje pochodzą z XVI i XV wieku, kiedy zaprzestano już używania run na rzecz łaciny i języków lokalnych, niemniej jednak nadal mają w sobie ten prywatny, osobisty wymiar, który tak uwielbiam w inskrypcjach runicznych.

Zdania ze świstków przetłumaczono na współczesny szwedzki, i mamy tu na przykład taką oto mądrość: „Tänk noga pö hur du lägger orden/ Ofta står det listiga lyssnare utanför dörren”, co można przetłumaczyć jako „Uważaj na słowa, nigdy nie wiadomo, kto stoi pod drzwiami, kto ich nasłuchuje”. Albo wyznanie w rodzaju: „Jag fann en ros så ljuvlig i sin första blomning, hennes kinder rodnar lött, och min hjärta blir hett när hon är nära”, czyli „Znalazłem różę tak uroczą w swym pierwszym kwitnieniu, jej policzki różowią się często, moje serce płonie gdy jest blisko mnie”. No czy to nie jest skończenie urocze, powiedzcie sami. 
Z muzeum powędrowałam sobie przed siebie bez konkretnego celu. Jeszcze chwilę świeciło słońce, więc przeszłam się głównym deptakiem z mnóstwem sklepów i jeszcze liczniejszym tłumem. Na placu przed urzędem kilku chłopców siedziało na ławkach, wystawiając twarze do słońca (w słońcu faktycznie było nieco mniej zimno). Powędrowałam do miejskiego parku, który jest bardzo ładny, a już na pewno latem, a potem ruszyłam na drugą stronę starego miasta, gdzie zachowało się kilka uliczek zabudowanych starymi niskimi domkami. To jeden z elementów skandynawskich miasteczek, które lubię najbardziej – te niskie zapadłe w ziemię domki pomalowane na wesołe kolory, z różami pnącymi się po ścianach i kwitnących czerwonymi plamami na niebieskim tle. Z tej okolicy blisko było  do ogrodu botanicznego, więc zaszłam i tam. Ponownie, myślę że musi być tam naprawdę pięknie wiosną i latem, jednak i wtedy, jesienią, kwitło tam morze chryzantem i dalii, malując na kolorowo wszechobecną zieleń. 
Z ogrodu wybrałam się do ostatniego miejsca, które chciałam zobaczyć, czyli Kulturen. To muzeum i skansen w jednym, które gromadzi ogromną ilość eksponatów, pogrupowanych w kilkanaście wystaw. Żeby dobrze zwiedzić to miejsce potrzebne jest kilka godzin, w czasie których można by się beztrosko wałęsać od wystawy do wystawy, wąchać kwiatki kwitnące w ogrodach, zaglądać do szaf, w których nikt już niczego nie trzyma i ukradkiem macać pościel w kwiaty, w której nikt już nie sypia. Ja Kulturen zwiedziłam dość szybko, zatrzymując się na dłużej przy wystawie dotyczącej historii miasta i w kilku chatach, które przedstawiały życie rolników w Skanii kilka wieków temu. Muszę szczerze wyznać, że kiedyś pałałam do skansenów większą miłością i mogłam wałęsać się wśród bron i podbieraków nieskończone godziny. Wszystkie pachnące słomą strychy były moje, wszystkie zardzewiałe rondle i niskie izby zapalały we mnie iskierkę ekscytacji, bo przecież „tego ludzie kiedyś faktycznie używali!” Wyobrażałam sobie kobiety ubijające masło i umorusane dzieci bawiące się drewnianym konikiem, tym, z którego zeszła już prawie całkiem czerwona farba. Dziś niektóre miejsca nadal ożywiają mi wyobraźnię, ale już nie tak jak kiedyś. 

Na teren Kulturen składają się dwie parcele, z których jedna, ta większa, stanowi prawdziwą mieszaninę architektoniczną. Obok pałacu dziekana stoi niska drewniana chata  kryta strzechą, opodal spichlerz z czerwonej cegły a zaraz obok niego filigranowa drewniana altana, w której niegdyś studenci medycyny zasiadali wieczorami z kartami i kieliszkiem porto (i nikt mi nie wmówi, że nie). Na środku ogrodu usadowiony jest staw porośnięty trzciną, nieco dalej mały wirydarzyk, a całkiem w zachodniej części – miniaturowa dzielnica domków z pruskiego muru. Kulturen swym kształtem bardzo przypominało mi Folksmuseum w Oslo, gdzie również część terenu poświęcona jest wsi, a na części zrekonstruowano miasto. Ciekawe są odtworzone wnętrza mieszkań robotniczych i miejskich, sklepiki i plebania – zwłaszcza, że większość z nich ma swoją własną historię.
Po południu, kiedy wyszłam z Kulturen, zrobiło się jeszcze zimniej i bardziej deszczowo. Przemknęłam więc ostatni raz ulicami z brukiem pod stopami, przez plac targowy i rojne uliczki i wróciłam w okolice dworca. Na placu obrośniętym platanami zelżał już ruch rowerowy, przemieścił się za to w obręb metalowych barierek i ceglanych ścian stacji. Już zaraz, jeszcze dziesięć minut i wsiadłam do ciepłego pociągu, który odwiózł mnie brzegiem morza z powrotem na ośnieżoną stację Triangeln.

A Wy – byliście kiedyś w Lund? Co Wam się najbardziej podobało?

środa, 4 stycznia 2017

Literki i obrazki czyli kulturalny przegląd 2016

Było już podsumowanie ogólne, było podsumowanie wizualne, przyszedł więc czas zrewidować aktywność kulturalną. Jak wiele osób, od jakiegoś czasu prowadzę sobie takie różne listy i dzienniczki, niektórych dostarcza usłużnie internet, w których zapisuję sobie co przeczytałam i obejrzałam. Nie mam żadnego innego celu, poza dokumentowaniem tego, co akurat wpadnie mi w ręce lub w oko. Wiem, że znaczna część użytkowników skrzętnie wypisuje sobie listy filmów i książek do obejrzenia, ustawia cele, a potem systematycznie je realizuje. Ja tak nie robię. Wynika to chyba z głębokiego przekonania, że w pewnym momencie i tak te wszystkie listy trafi szlag. Czemu? Znam siebie. Jeżeli ustalę, że oglądam po kolei to i to, a potem czytam to i to, niemal natychmiast te dzieła przestają być dla mnie interesujące i radośnie oglądam zupełnie co innego. Już wiecie co trzeba zrobić, żeby mnie do czegoś zniechęcić – umieścić to na jakiejś „to do list”.  

No ale wracając. Zajrzałam ci ja sobie wczoraj do tych list i dzienniczków, a tam moim oczom ukazała się... haniebna posucha. Zazwyczaj, jak wynika z list z poprzednich lat, czytałam około pięćdziesięciu książek rocznie i oglądałam kilkadziesiąt filmów. W poprzednim, 2016 roku, te listy były mniej więcej o połowę krótsze. Aż mi coś w środku zajęczało z zażenowania. Widzę jednak kilka przyczyn takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, większą część roku mieszkałam za granicą, i to taką granicą, której języka nie znam. Nie mówię po niemiecku (ten pidżyn, którym posługuję się w sytuacjach kryzysowych, się nie liczy), więc nie mam dostępu do tutejszych książek. Jest co prawda w bibliotece miejskiej dział z książkami po angielsku, i korzystałam z niego skwapliwie, także z działu literatury polskiej w bibliotece uniwersyteckiej, jednak wybór w jednej i drugiej był mocno ograniczony. A ja nie czytam książek, których nie chcę przeczytać, a tylko dlatego, że stoją na półce. Dodatkowo nie mam czytnika e-booków, a ileż książek da się przeczytać na ekranie komputera. Tak samo rzecz się ma z filmami – kino jest dla mnie tutaj raczej niedostępne, bo wszystkie filmy są dubbingowane. Po drugie wiem, że świadomie wybierałam pomiędzy poświęceniem czasu na czytanie czy oglądanie, a na rozmawianie i spotykanie się z ludźmi, spacerowanie, jeżdżenie na rowerze, bieganie, robienie zdjęć, chodzenie do muzeów, oglądanie wspólnie filmów, które już się kilka razy widziało i tak dalej. Ta druga kategoria aktywności zdecydowanie wygrywała i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia – uważam ten czas za bardzo cenny. Po trzecie, kilka miesięcy spędziłam pisząc swoją pracę magisterską, co zabierało lwią część moich sił umysłowych, i po kilku godzinach czytania fachowej literatury i pisania, literki to była naprawdę ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę. 

Niemniej, mimo posuchy i dość chaotycznego doboru lektur i filmów, jest kilka książek i produkcji, które zapadły mi w pamięć. Byłam też na kilku świetnych wystawach i dwóch spektaklach, o których – poniżej.

KSIĄŻKI 
Z pewnością czytelniczym wydarzeniem roku jest Harry Potter and the Cursed Child. Każdy, kto choć trochę mnie zna wie, że jestem zagorzałą fanką Harry’ego, prawdziwym Potterheadem. I choć ta fascynacja z wiekiem mi nieco zelżała, to nadal informacja o nowej sztuce, i wydaniu scenariusza do tej sztuki, sprawiła, że zrobiło mi się gorąco. Za jedną z największych porażek tego roku uważam nie kupienie biletu na pokazy przedpremierowe (byłam o włos, dosłownie o włos! Przeklęte bugi w przeglądarkach), który kosztował śmieszne pieniądze, podobnie jak biletu lotnicze do Londynu. Przebolałam  to jednak i rzuciłam się za to na scenariusz. No i... nie było to objawienie. Czułam się jakbym czytała jakąś przedziwną kompilację fanfików, którą ktoś nagle zmontował, wydał i przybił pieczątkę „Zgodne z kanonem”. Nie było tam nic, czego już fandom nie wymyślił i przerobił na tysiąc różnych sposobów. Krótko mówiąc, niektóre postaci są papierowe, fabuła porozrywana, motywy grubą nicią szyte, a to wszystko podlane jest humorem ze szkolnych zeszytów. Niemniej oczywiście kupiłam swój egzemplarz i postawiłam na półce obok zaczytanych siedmiu tomów z serii. Wszystko musi się zgadzać.
Może Harry Potter i Przeklęte Dziecko lepiej prezentuje się na scenie niż w formie scenariusza 
Kilka książek Manueli Gretkowskiej nie przekonały mnie do jej twórczości. Nie przemawia do mnie ta bezpruderyjna i nieskrępowana seksualność, nie porywa rzeczywistość lat 90., i nie przekonują teologiczno-mistyczne rozważania. Przemówiła do mnie za to klasyka w postaci Emancypantek Prusa i to przemówiła soczyście, głośno i przekonująco. Dom. Krótka historia idei Witolda Rybczyńskiego to porywające studium z zakresu historii społecznej i architektury, które szalenie mi się podobało. Tajemnica domu Helclów, do której udało mi się wreszcie dorwać w drugiej połowie roku, jest cudowną zabawą z konwencją, którą wyśmienicie się czyta, choć od początku można się domyślić, jak historia się potoczy. Dwa reportaże, 13 pięter Filipa Springera i Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcina Kąckiego, musiałam co jakiś czas odkładać, żeby ochłonąć. Na Podlasiu zatrzymały mnie jeszcze dwie książki Katarzyny Bondy: Okularnik i Florystka. Ta pierwsza podobała mi się zdecydowanie bardziej – fascynujące studium wielokulturowości i nurtów społecznych, które szarpią współcześnie tym regionem. Podlasie znam ze swoich pierwszych badań antropologicznych, więc ciekawie było tam wrócić na kartkach książki. Rok zakończyłam najnowszą książką Joanny Bator, Rokiem królika. Uwielbiam jej prozę, ale ta książka wydawała mi się już nieco zbyt oniryczna. Niemniej – oczywiście warto przeczytać, poza tym dzieje się w moich rodzinnych okolicach. 

FILMY
Mój ulubiony film zeszłego roku obejrzałam już w styczniu. To Wielkie piękno Paolo Sorrentino i tak, wiem, że niektórzy mogą uznać go za niepotrzebnie rozwleczony, opierający narrację na długich i malowniczych ujęciach z Rzymu, historię, którą pokazuje za niezbyt porywającą, a głównego bohatera zupełnie inercyjnego. Mnie jednak właśnie te wszystkie cechy w nim urzekły: ten spokojny rytm, te pozornie niepowiązane elementy jak proste migawki z życia, ten hedonizm, wysmakowane kadry, napuszona sztuka, wyzierający z bohaterów eskapizm... Po prostu wielkie a zarazem kruche i efemeryczne piękno. Bardzo podobał mi się Frank (tak, wiem, że jestem szalenie zapóźniona ze wszystkimi produkcjami), przez którego odkryłam Domnhalla Gleesona. Idąc za ciosem, obejrzałam Ex Machina, który również mi się podobał, zwłaszcza zakończenie – nie wyobrażam sobie innego rozwiązania tej historii. 
Wielkie piękno czyli hamak, drink i Koloseum
Urzekła mnie Frances Ha, ten obraz dziewczyny na życiowym zakręcie, Boyhood i Projektantka z Kate Winslet. To, moim zdaniem, doskonale przerysowany i przez to uderzający obraz małomiasteczkowej mentalności, z absolutnie cudowną rolą Hugo Weavinga. The Riot Club to film, który chyba najdłużej siedział mi w głowie, nie do końca za sprawą zgrai młodych brytyjskich aktorów, raczej znakomicie oddanego studium nakręcania spirali nienawiści, która w końcu uwalnia się w niepowstrzymanym zrywie agresji. Nie ma to jak dobra animacja, więc Zootopia musi znaleźć się na liście. Z niedowierzaniem patrzyłam, jak ta produkcja z wdziękiem i rozwagą podejmuje trudne kwestie społeczne w rodzaju dyskryminacji płciowej czy rasowej. Miałam wielkie oczekiwania względem High-Rise i nie jest to film zły – aczkolwiek nie jestem wielką fanką dystopii (przeraża mnie jej prawdopodobieństwo). Jako zagorzała fanka filmów o superbohaterach obejrzałam Deadpoola, Doktora Strange i najnowszą część Kapitana Ameryki: Wojnę bohaterów. Ten pierwszy bardzo mnie rozczarował, a dwa pozostałe okazały się całkiem niezłe. Obawiałam się obsadzenia Benedicta Cumberbatcha w roli Strange’a, ale według mnie sprawdził się znakomicie, i jako bucowaty chirurg i jako właściciel lewitującej peleryny. 
Projektantka to dowód na to, że ładna sukienka dużo może ale co pech to pech
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć jako produkcja nie odbiegają poziomem od reszty filmów z serii o Harrym, co w moim przypadku może oznaczać tylko to, że nie zostałam ich fanką. Na koniec roku zaś oczywiście pobiegłam obejrzeć Rogue One i uważam, że to świetny film, może nawet nieco lepszy od Przebudzenia mocy. Doskonale się bawiłam znajdując nawiązania do Nowej nadziei i otrzymując wgląd w elementy uniwersum Star Wars, które do tej pory pojawiały się wyłącznie w książkach. Dodatkowo bardzo podobał mi się dobór aktorów, a zwłaszcza obsadzenie Diego Luny w roli Cassiana – nie tylko dlatego, że to mój teen crush (fanki Dirty Dancing 2, wiem, że tam jesteście!). Rzadko zdarza się bowiem, żeby w dużej amerykańskiej produkcji, w jednej z głównych ról obsadzono osobę pochodzenia latynoamerykańskiego, której funkcja nie sprowadza się do czysto satelickiej. Sam Diego wspomina w jednym z wywiadów, że podczas kręcenia materiału do castingu, wyrwało mu się coś na temat imperium – grupka osób popatrzyła na niego podejrzliwe a on zamarł. „Czy on próbuje dostać rolę w nowych Gwiezdnych Wojnach? Eeee niemożliwe, przecież to Meksykanin”. 
The Riot Club – oglądanie tego filmu zdecydowanie nie boli

SERIALE
Zorientowałam się, że nie obejrzałam w zeszłym roku ani jednego amerykańskiego serialu, z tych które przodowały na listach oglądalności (więc żadnego Westworld, Stranger Things, Black Mirror). Obejrzałam za to wreszcie drugi sezon Daredevil – dopiero, bo pamiętam, że ktoś zasugerował mi, że jest gorszy niż pierwszy. Osobo, byłaś w koszmarnym błędzie. Drugi sezon jest co najmniej tak dobry jak pierwszy (a może i lepszy), a Elektra to jedna z moich ulubionych bohaterek. Reszta w moim repertuarze to seriale brytyjskie. Wojna i pokój jest przepiękna wizualnie – nie wiem, czy tak wyglądała lub mogła wyglądać carska Rosja ale totalnie ją kupuję. Nocny recepcjonista z Tomem Hiddlestonem, Hugh Laurie i Olivią Coleman to fantastyczna produkcja sensacyjna ze świetnym scenariuszem i tak, to prawda że kamerzyści trochę przesadzają z tymi ujęciami Toma w miękkim wieczornym świetle, co jednak w żaden sposób nie ujmuje fabule atrakcyjności. Kwiecień i maj należały za to zdecydowanie do Gry o Tron, którą dobrze ogląda się zawsze, ale jeszcze lepiej w dużym towarzystwie, które gremialnie wydaje okrzyki zdumienia.
Nocny recepcjonista to dowód na to, że ciężarna kobieta jest najlepszym agentem
Drugi sezon Poldarka to sama przyjemność. Niektórzy zżymają się na stronę, w którą ewoluują bohaterowie, ale moim zdaniem każdą z tych postaw da się uzasadnić. Moją ulubioną postacią pozostaje niezmiennie Demelza, doskonale grana przez Eleanor Tomlinson, a śledzenie Heidy Reed, serialowej Elisabeth, na instagramie to smaczek tamtego roku (sami zobaczcie: KLIK). Znana z Downton Abbey Joanne Frogatt zagrała w dwuodcinkowej biografii Mary Anne Cotton, słynnej angielskiej seryjnej morderczyni, Dark Angel. Niczego nie będę zdradzać, zobaczcie sami, serial jest fantastyczny. Rok zakończyłam z rodziną królewską przy The Crown. Ciekawie było zobaczyć Matta Smitha w innej roli niż Doktora, a cały serial, choć tak naprawdę nie opowiada o niczym niezwykłym i raczej odległym, zwłaszcza dla nas, ogląda się z wypiekami na twarzy. 
Konie i klify to w Poldarku motyw przewodni

MUZEA, WYDARZENIA I SPEKTAKLE
Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się szerzej napisać o muzeach w Bazylei, i jest to zdecydowanie temat do nadrobienia. W zeszłym roku udało mi się zobaczyć dwie fantastyczne wystawy, jedną w Vitra Design Museum a drugą w Fondation Beyeler. Ta pierwsza to biograficzna wystawa poświęcona Alexandrowi Girardowi (Alexander Girard. A Designer’s Universe), prezentującą ewolucję stylu projektanta. Ekspozycja obejmuje nie tylko rysunki, szkice i gotowe przedmioty, ale także inspiracje, które Girard czerpał ze sztuki ludowej z całego świata (znalazła się i polska pisanka). Girard znany jest przede wszystkim z tworzenia wzorów na tekstyliach, i to one stanowią największą, czy też najbardziej reprezentacyjną część wystawy. Można ją oglądać jeszcze do 22 stycznia. 
Jean Dubuffet, Le commerce prospere
Wystawa w Fondation Beyeler, Metamorphoses of a Landscapepoświęcona była Jeanowi Dubuffetowi. Dubuffet uważany jest za jednego z najważniejszych artystów drugiej połowy XX wieku, którego wkład w rozwój sztuki przyczynił się znacznie do jej przekształcenia. Motywem przewodnim wystawy był krajobraz, który artysta interpretował i odzwierciedlał przy użyciu nowatorskich technik i materiałów, takich jak piasek, ziemia czy gąbka. Wystawa obejmowała też instalację Coucou Bazar, czyli Szalony Jarmark, która stanowi połączenie malarstwa, rzeźby, muzyki, rzeźby i teatru. To grupa mobilnych kartonowych postaci, uformowanych w fantazyjne kształty, która sama w sobie stanowi atrakcję, ale jest także punktem wyjścia do performensu.  
Jean Dubuffet, Szalony Bazar
Art Basel to doroczny festiwal sztuki na niezwykłą skalę, odbywający się w Bazylei w okolicach czerwca. Jednym ze stałych wydarzeń są Parcours, odbywające się w przestrzeni publicznej. Centrum miasta zostaje zawładnięte przez grupy teatralne, performerów, muzykę czy instalacje. W ramach Art Basel udało mi się zobaczyć ciekawe przedstawienie lalkowe czeskiej artystki Evy Kot’átkovej i wystawę w Museum Der Kulturen, której tematem przewodnim były zapożyczenia – jak przedmioty użytkowe są do siebie podobne, mimo pochodzenia z różnych czasowo i przestrzennie kultur. 

Będąc w Polsce, udało mi się zobaczyć dwa spektakle w ramach National Theatre Live (w tym na jeden bilety wygrałam u Kulturalnie po Godzinach). Pierwszy to Frankenstein z Benedictem Cumberbatchem i Jonnym Lee Millerem. Jak być może wiecie, to produkcja, w której główni aktorzy zamieniają się rolami, raz jeden z nich gra Doktora, a drugi Monstrum, raz odwrotnie. Ja widziałam wersję z Benedictem w roli Doktora ale liczę, że uda mi się jeszcze zobaczyć tę drugą. Monstrum ma o wiele więcej do zagrania, a rola wydaje się o wiele większym wyzwaniem. Pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, ale nie wiedziałam wcześniej, że historia potwora Frankensteina obejmuje o wiele więcej, niż tylko sam proces stwarzania go, że w powieści Mary Shelley ten moment jest jedynie punktem wyjścia do dalszej, o wiele ciekawszej i bardziej skomplikowanej opowieści. I bardzo mi się ta opowieść podobała, zwłaszcza podejmując rozważania nad istotą człowieczeństwa – co czyni cię tym, kim jesteś?
Królowa i jej premierzy czyli Audiencja
Drugim spektaklem, który widziałam (tym wygranym), była Audiencja z Helen Mirren. W teorii fabuła nie brzmi zbyt ciekawie: Audiencja przedstawia bowiem historię prywatnych wizyt premierów brytyjskich u królowej, które zgodnie ze zwyczajem odbywają się w każdy wtorek. Trochę obawiałam się, że nie do końca będę umiała dostrzec kontekst polityczny, bo nie oszukujmy się, nie jestem ekspertem od najnowszej historii Wielkiej Brytanii. Niemniej przedstawienie okazało się rewelacyjne. Tekst sztuki nie był na tyle hermetyczny, żeby publiczność z innego kraju nie pojęła jego kontekstu, i skupia się przede wszystkim na relacjach królowej z jej kolejnymi premierami. Sztuka nie jest chronologiczna i raz widzimy Elżbietę w wieku lat dwudziestu sześciu, kiedy razem z Churchillem omawia kwestię zmiany nazwiska rodowego, raz w wieku lat osiemdziesięciu, kiedy omawia z Cameronem szczyt polityczny, a raz w wieku lat czterdziestu paru, przyjmującą Wilsona w szkockim zamku Balmoral. Najciekawszym elementem „technicznym” jest fakt, że zmiana wyglądu Elżbiety odbywa się na scenie. Garderobiane wchodzą na scenę, Helen Mirren wchodzi do cienia i za moment wychodzi już w zupełnie innej postaci. Myślę, że to było również wielkie wyzwanie dla aktorki, w tak szybkim tempie wychodzić z roli młodej dziewczyny i wchodzić w rolę dojrzałej kobiety albo staruszki. W każdym razie ten spektakl natchnął mnie do oglądania The Crown, i przez jakiś czas miałam w głowie wyłącznie brytyjską rodzinę królewską. 

A co ciekawego Wy przeczytaliście i obejrzeliście w poprzednim roku? Każde polecenie chętnie przyjmę i obiecuję, że nie wpiszę go na żadną listę :)

niedziela, 1 stycznia 2017

Dziesięć zachwytów starego roku

Jak tam samopoczucie po Sylwestrze? U mnie wspaniale – choć obudziłam się z lekka nieżywa, to dużo płynów, długie śniadanie z dziwnie wypoczętymi znajomymi, kilka owoców i spacer w mroźnym przejrzystym powietrzu postawiły mnie na nogi. Ten spacer zwłaszcza podsunął mi pomysł na drugie, bardziej wizualne, podsumowanie roku, który obfitował, jak już wiecie, we wszystko, także w momenty absolutnego zachwytu.


Też je macie? Nachodzą człowieka nagle, w najróżniejszych miejscach, i rzadko dwa razy w tych samych. Czasem wystarczy przesunąć się o kilka kroków w lewo lub w prawo, zmrużyć oczy, popatrzeć przez ramię, unieść głowę i... jest. Zastygasz na kilka chwil, serce zdaje się spowalniać rytm, nie ma nic prócz ciebie, tego miejsca i tej chwili, jakby świat skurczył się do rozmiarów szklanej kuli z tobą pośrodku i tym widokiem, który (za)chwycił cię w locie gdzieś dalej. Ja mam wtedy zawsze wrażenie, jakby to były chwile kradzione z wieczności. Gromadzę je nanizane na nitkę pamięci.

DŻUNGLA
W Afryce przeżyłam kilka momentów zachwytu: wtedy kiedy okazało się, że ziemia naprawdę jest czerwona, sucha i spękana jak na zdjęciach w albumie sprzed dwudziestu lat, który był moim pierwszym oknem na świat. Drugi kiedy spojrzałam w górę i przez nagie gałęzie drzew o nieomylnym pokroju zobaczyłam blady sierp księżyca, odwrócony w inną stronę (jak często zastanawiacie się, jak wygląda niebo po drugiej stronie świata?). Ten tutaj to pierwsze spotkanie z dżunglą – przetrzebioną, wyschniętą i umierającą, zamkniętą w maleńkim rezerwacie, ale dżunglą. W tym momencie spełniłam jedno ze swoich dziecięcych marzeń.

JEZIORO W NAANTALI
W Turku niebo było pochmurne i ciemne, śnieg sypał się za kołnierze, a ręce grabiały nawet w rękawiczkach. Tymczasem kilka kilometrów dalej, nad wyspą z niebieskim domkiem Muminków, to nisko stojące zimowe słońce przeświecało na wskroś przez pierzaste chmurki. Nie drgnęła nawet gałązka, mróz parzył w policzki a promienie skrzyły się w grubej tafli lodu na zamarzniętym jeziorze.

PORTOFINO
Cały wyjazd do Ligurii pełen był zachwytów i zatrzymań w czasie, ale Portofino jest dla mnie szczególne. Znacie tę piosenkę? "Tamtego lata w Portofino...", śpiewała Sława Przybylska, a ja wyobrażałam sobie śmiechy i szelest sukienek, ślady bosych stóp na piasku, cyprysy, wille w odcieniu terakoty i odległe światełka, gdzieś po drugiej stronie zatoki. I wtedy, w maju, przez małą, malutką chwilkę, stojąc przy nabrzeżu pełnym łodzi i furkoczących chorągiewek, czułam się jak dziewczyna z tamtej piosenki.

DISENTIS 
Przed przyjazdem do Szwajcarii nie miałam prawie żadnego pojęcia o tym miejscu. Kilka luźno związanych ze sobą skojarzeń, wziętych na chybił trafił gdzieś z powieści, albumów, podręczników i puzzli, na których widniały ośnieżone szczyty, wąskie pluskające strumyki, krowy i czerwone wagoniki kolejki. Zabawne uczucie – zobaczyć te puzzle na żywo.

JUNGFRAU
Czy wspominałam o szczytach, strumykach i krowach? Trzeba dodać łąki tak zielone, że trzeba mrużyć oczy i chmury rozdzierające się na graniach w pasma mgły. I dzwonki, wszechobecny stukot dzwonków.

MONTREUX
To piękno złapane w pół kroku, przyczajone, niesforne, kapryśne i ulotne. Byłam w Montreux dwie godziny. Jak wielkie szczęście trzeba mieć, żeby akurat wtedy trafić na taki spektakl.

LATO W BAZYLEI
Bazylea zachwyca mnie niezależnie od pogody i pory roku, ale latem to miasto jest po prostu nieziemskie. Ren ma ten niezwykły turkusowy odcień, różowe malwy i naparstnice wystrzeliwują ze brzegów rzeki, kiście róż zwieszają się ciężko z płotów, szumią platany, ciepły wiatr podwiewa sukienki, a wieczory, gęste od trudnego do rozszyfrowania zapachu, rozświetlone są na złoto i różowo.

GENEWA
Jako miasto nie spodobała mi się tak bardzo. Trudno było mi wyłowić jej charakter, była jakaś blada i niekonkretna, z tymi rozgrzanymi do białości pustymi ulicami, budynkami z jasnego kamienia, eklektyczną zabudową i skrawkami zieleni. Ale jezioro... o, jezioro jest niezwykłe, i ten widok na Jet d'Eau, ciemne sylwetki ludzi, i srebrzysty ślad samolotu.

JESIEŃ
Kolory jesieni zawsze pozbawiają mnie tchu, jakby świat nagle stanął w płomieniach. Tej jesieni nie widziałam od pięciu lat, tej zaraz za rodzinnym domem. Zdążyłam w czas – wiele z tych drzew zostało niedawno wyciętych i gałęzie nie zwieszają się już tak nisko nad ścieżką, jak żółto-czerwony baldachim.

MGŁA
Tuż przed świętami pojechałam do Świdnicy. Podczas gdy w mojej wiosce, w górach, niebo było czyste i niebieskie, w dolinie zalegała gęsta, żółta mgła, nadająca wszystkiemu nieziemskiego charakteru.