środa, 15 czerwca 2016

Liguria: Cinque Terre

Jak to jest, że ludzie zasiedlają terany tak trudno dostępne, że aby tam dotrzeć trzeba pokonywać dziesiątki kilometrów, wspinać się na góry i przeprawiać się wpław przez rzeki? Co ich tam ciągnie, skąd się tam biorą? Co sprawia, że tak zawzięcie i z mozołem wydzierają nieurodzajnej ziemi te soki, które jeszcze w niej płyną, sieją ziarno, sadzą winorośl i drzewa oliwne, i modlą się o przetrwanie do następnego urodzaju? Fascynuje mnie siła przywiązania do ziemi – bo czym innym wytłumaczyć uparte trwanie w miejscu, gdzie do niedawna nie dało się dotrzeć inaczej jak morzem, klimat jest nieprzewidywalny, ziemia skalista i odludna? Chyba tylko miłością. I pięknem.

Cinque Terre to niewielki spłachetek ziemi obejmujący pięć starych wiosek rybackich i górzysty teren, rozciągnięty pomiędzy nimi. Dziś obszar ten jest pod ochroną – utworzono tu pierwszy we Włoszech park narodowy. Do dziś pozostaje najmniejszy, najgęściej zaludniony i o ogromnym walorze kulturalno-przyrodniczym. Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare zostały założone już we wczesnym średniowieczu. Zajmują skaliste cyple lub zatoki, ściśnięte kolorowe kamienice posadowione są tarasowo coraz to wyżej, ulice pną się stromo pod górę. Ich mieszkańcy zajmowali się przez szereg lat rybołówstwem i uprawą winorośli. W początku swojego istnienia miejscowości odgrywały bardzo ważną rolę w ochronie dalej położonych ziem przed atakami od strony morza. Później ogromny problem (mówimy mniej więcej o wieku XV i XVI) stanowili piraci i tutaj również miejscowości Cinque Terre stanowiły forpocztę obrony. Do tego celu służyły między innymi wysokie mury obronne, otaczające kilka z nich. Inne, jak Corniglia, położone są na wysokim klifie, który zapewniał fantastyczne warunki do obrony.

Mniej więcej od XVII do XIX wieku miejscowości powoli popadały w stagnację. Dostęp do nich był bardzo utrudniony – można było się tam dostać albo od morza albo przez mozolną wędrówkę górskimi ścieżkami. Dopiero wiek XIX przyniósł odmianę. Dzięki wybudowaniu większej ilości tarasów (na przykład w Vernazzie) ożyła uprawa winorośli, a co za tym idzie również produkcja wina i handel. Do dziś lokalne trunki uchodzą za przysmak a ich ceny nie należą do najniższych. W XIX wieku wybudowano też wreszcie linię kolejową zwaną Linią Liguryjską, łączącą Pizę z Genuą. W 1874 roku, na ostatnim etapie budowy, połączono nią również miejscowości Cinque Terre. Było to, jak na owe czasy, wielkie osiągnięcie techniczne: tory musiały podążać wzdłuż pofalowanej linii brzegowej, tuż na skraju morza, przebijać się przez skały, opierać się osuwaniu ziemi i uderzeniom fal. Na odcinku 44 kilometrów pomiędzy La Spezią a Sestri Levante znajduje się 51 tuneli o łącznej długości 28 kilometrów (!). Dodatkowe utrudnienie w budowie stanowiły silne sztormy kilkakrotnie przerywające prace, a także fakt, że wszystkie materiały trzeba było transportować ręcznie przez góry. Niemniej przedsięwzięcie się udało i od połowy XIX wieku turyści, poszukujący idyllicznych włoskich widoków, mogli zacząć odkrywać na poły zapomniane przez czas tereny Cinque Terre. I czego oni tam nie odkryli!

My postanowiliśmy zwiedzić Cinque Terre na nogach. W przewodnikach polecają przeznaczyć na ten cel około dwóch dni ale my, głęboko przekonani że nasze młode nogi poniosą nas znacznie sprawniej od nóg autorów przewodników, postanowiliśmy przejść wszystkie pięć wiosek z jeden dzień. Trasa jest najzupełniej do wykonania, zwłaszcza jeżeli obierze się szlak wiodący tuż przy morzu, tak zwane molo. Część tego szlaku to słynna Lazurowa Ścieżka, skąd roztaczają się malownicze widoki na kolejne wioski i obłędnie turkusowe morze. Niestety, podczas naszego pobytu większość owej ścieżki była zamknięta z powodu remontu oraz niesprzyjających warunków pogodowych. Tak więc zdecydowaliśmy się na trek – powieliliśmy kroki setek mieszkańców Cinque Terre i przeprawiliśmy się przez góry, i rozciągnięte na nich sady, winnice i pola uprawne. Ta trasa wymaga trochę więcej czasu i wysiłku ale nie wynosi więcej niż 10-12 kilometrów. I zaręczam Wam – widoki rekompensują z nawiązką strome podejścia i częściowe błądzenie w poszukiwaniu oznaczeń szlaku. Ale po kolei.

Zaczęliśmy od Riomaggiore, czyli wioski do której nie dotarliśmy poprzedniego dnia. W ten sposób postanowiliśmy jakby wracać w stronę Sestri Levante, gdzie mieszkaliśmy. Polecam pokonywać tę trasę właśnie od tej strony, przede wszystkim dlatego, że jej początkowe etapy nie są zbyt długie i trudne. Czas przejścia między Riomaggiore a Manarolą to około godziny, do kolejnej wioski dochodzi się również w godzinę, a następnie czas się wydłuża do półtorej czy nawet dwóch godzin. W ten sposób najdłuższa część trasy zostaje nam na koniec i jeżeli mamy czas i siłę, możemy ją również przejść, a możemy przejechać pociągiem i nie zniechęcamy się już na wstępie. Ponadto elewacja szlaku również jest bardziej sprzyjająca – mamy tu dłuższe podejścia i krótsze, bardziej strome zejścia. Widoki są doprawdy fantastyczne z obu stron, więc to raczej bez różnicy. Tym co mi się osobiście podobało, było stopniowe budowanie napięcia przed zobaczeniem Vernazzy, najsłynniejszej wioski Cinque Terre. To czwarta miejscowość z kolei i człowiek faktycznie nie może się jej już doczekać, ale kiedy wieża fortecy wreszcie wyłoni się zza skały...

RIOMAGGIORE

W Riomaggiore przywitał nas przede wszystkim tłum turystów. Szybko uciekliśmy więc w górę, w poszukiwaniu szlaku. Główna droga pnie się ostro, po obu stronach wąskie kolorowe kamieniczki, w każdej knajpka, sklep z ręcznymi wyrobami albo pamiątkami. Mało turystycznej plastikowej tandety, widać że tu celuje się oczko wyżej, że zachodzą tu ludzie o nieco zasobniejszych portfelach, bardziej wyrafinowany (albo wybredny) rodzaj turysty. Tłum się nie zmniejsza ale wystarczy nieco zboczyć z głównej drogi i zagłębić się w plątaninę wąskich przejść i uliczek, schodków, niskich progów, prania zwieszającego się z okien, latarni i kwiatków żeby nagle stało się pusto i cicho. Tylko nasze kroki na kamiennych chodnikach.

Wspinamy się wyżej i widzimy coraz więcej dachów, coraz więcej ogródków z góry. Pierwszy raz zauważamy mnogość drzewek cytrynowych, których gałęzie uginają się pod ciężarem owoców. Część z nich leży w skrzynkach czekając na umycie i przerobienie. Wszędzie kwitną róże. Ponad dachami domów ukazuje się morze. Niestety pogoda jest raczej pochmurna i turkus wody jest jakby przydymiony ale białe bałwany fal stanowią dla niego dobry kontrast.

Poszukiwania szlaku trwają. Ludzie wracający z wejścia na Lazurową Ścieżkę, która jest zamknięta, kierują nas na prawo ale znaków brak, idziemy więc na czuja. W oddali jakieś figurki chyba rzeczywiście wspinają się między krzakami pod górę ale nie mamy pewności jak się tam dostać. Ale wreszcie jest – jest szlak. Zaczyna się niskim kamiennym mostkiem przerzuconym nad strumieniem a potem jest strome podejście między jabłoniami i coraz szerszy widok nam się odsłania. Idziemy winnicami.

MANAROLA

Zejście do Manaroli jest strome, kamieniste, jeden nieuważny, lekkomyślny krok i ląduję na zadku. Zadek wychodzi na szczęście bez szwanku. A miasteczko jest niesamowite. Na samym środku głównej drogi, w centrum, duży plac, kręci się na nim duża grupa dzieci. Siadamy na moment i przyglądamy się małym sojuszom i konfliktom. Potem schodzimy niżej, na nabrzeże. Mijamy kolorowe łodzie ustawione wzdłuż kamienic, pomiędzy nimi wciśnięte stoliki restauracji i kawiarni. Ze skały na której ściśnięte są kolorowe domku wychodzi nitka kolei. Przechodzimy nad nią i schodzimy niżej, półkolistym zejściem wprost do morza. Kamienista zatoczka przy dobrej pogodzie musi być pełna kołyszących się łódek. Tego dnia kamienie obryzgane są słoną wodą, fale z hukiem uderzają o klif. Odchodzimy trochę dalej nadmorską ścieżką, mamy nadzieję, że dalsza część jest otwarta ale niestety, drogę zagradza nam krata. Wąskie przejście się osunęło, trzeba czekać na renowację. Cofamy się i idziemy, znów kierując się przeczuciem i sprzecznymi informacjami uzyskanymi od ludzi mijanych po drodze. Mnóstwo kamiennych schodków i ruin kamiennych chat. Zostały z nich tylko ściany porośnięte bujnymi krzakami. Mijamy oliwne gaje, pomiędzy drzewami rozpostarte są siatki do łapania spadających oliwek. Znajdujemy drogę a znaki pokazują, że przed nami ponad godzina drogi do Cornigli. Co tam, idziemy, wspinamy się, widoki przepiękne. Ze szczytu pagórka pomiędzy jedną a drugą wioską krajobraz wygląda jak namalowany akwarelką, kolory są rozmyte i pastelowe, światło prześwieca miękko przez chmury. I ten błękit! Szum morza!


CORNIGLIA

Do Cornigli schodzimy pomiędzy winnicami, wąskimi ścieżkami meandrującymi między krzewami, wokół kamiennych domków, użytkowanych i takich w ruinie. Potem droga prowadzi kawałek przez las, a potem ją widzimy, spakowaną ciasno na cypelku. Schodzimy obok kościoła San Pietro, który ma piękną rozetę z jasnego kamienia i niski murek, na którym można przysiąść i pooglądać miasteczko rozciągnięte w dole, popatrzeć ludziom w okna i na dachy. W kościele jesteśmy świadkami pewnej sceny – kobieta obok nas najpierw zaczyna po cichu śpiewać Amazing Grace. Ma może trzydzieści kilka lat, jest ubrana w trekingowe ciuchy, na głowie czapeczka i po cichu, jakby tylko dla siebie, śpiewa. Po chwili śpiew milknie i kobieta zaczyna rozpaczliwie płakać. W kościele każdy dźwięk słychać w dwójnasób, płacz niesie się pod kamienny sufit a my nie do końca wiemy co robić. Podejść? Zapytać czy wszystko w porządku? Za chwilę jednak ktoś się zjawia, pyta, to chyba ktoś z jej wycieczki. Kobieta coś mówi, kręci głową. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego płakała. Może spotkało ją coś złego. Albo dobrego. Albo była tu z kimś, kogo już nie ma. 

Corniglia położona jest na klifie i nie ma bezpośredniego zejścia do morza. Jest tu za to taras, z którego można podziwiać linię brzegową, strome ściany opadające prosto w spienione fale. Widać również Manarolę. Riomaggiore schowane jest za załomem, w zatoce. Znów wąskie uliczki, znów knajpki, stare jak świat kościoły, kamienne chodniki. Pięknie. Z Cornigli do Vernazzy chcemy już jechać pociągiem, bo ostatni odcinek dał nam się we znaki. Ale pani w informacji mówi, że ścieżka wzdłuż morza jest otwarta i decydujemy się iść. Skoro już zaszliśmy tak daleko, to co mamy się poddawać. Kiedy jednak próbujemy znaleźć niebieski szlak, ten wzdłuż morza, to okazuje się, że pokrywa się on z czerwonym, tym przez góry. Innej drogi nie ma, idziemy więc. Wspinamy się najpierw przez winnice, trawersujemy półkoliste zbocze pełne równo rozpiętych winorośli. Po lewej morze, ciągły szum w uszach. Potem szlak prowadzi, ku naszemu zdziwieniu, przez czyjś ogródek, kwitną róże, mam ochotę ukraść ogromną czerwoną truskawkę ale z wysiłkiem się powstrzymuję. Przyzwoitym trzeba być. Idziemy dalej. Droga zaczyna prowadzić przez las. Schodzimy w dół i w dół, ciągle nie widać tej Vernazzy. Gdzie ona się chowa? Dalej ścieżka wykuta w skale, wielkie agawy z liśćmi jak macki. I wreszcie – jest. Widać. 

VERNAZZA

Wynurza się brązowa wieża i całe miasteczko. Jest piękniejsze niż na zdjęciach, niż w filmach. Ciężkie szare niebo przytłumia pastelowe barwy domków, są mniej krzykliwe, bardziej jednolite. Ciekawe czy ktoś ustala, który domek jaki kolor ma nosić? Vernazza jest większa niż inne miejscowości, kamienice z bliska są wyższe, szersze, nie tak ściśnięte. Kilka wież kościelnych dzwoni na mszę, bo już siódma wieczorem. Schodzimy krętą ścieżką w dół, do głównej ulicy i dalej nad marinę. Płyta ryneczku schodzi na małą plażę i do zatoki. Po lewej ciągnie się falochron, na który nie ma wstępu bo fale są zbyt silne, widzimy jak uderzają w kamienne krzyżaki. Kropi, niebo jest bure, wiatr szarpie nam ubrania. Schodzimy na plażę. Widziałam tyle zdjęć tego miejsca. Znam je z pocztówek. I oto jesteśmy tutaj. Kamienice wokół rynku są krwistoczerwone, ich fronty zniszczone przez, jak się dowiadujemy, wielki sztorm i powódź, która nawiedziła Vernazzę kilka lat wcześniej. Woda zabrała cały rynek i zalała najniżej położone kamienice. Plac odbudowano ale ślady nadal pozostały. 

Jesteśmy już bardzo zmęczeni, chodzimy bez przerwy od ośmiu godzin i nogi, choć młode, trochę odmawiają nam posłuszeństwa. Decydujemy się więc nie iść już do Monterosso, tylko jeżeli się da, jechać pociągiem. Ale pociągi nie kursują już tak często, ponadto trzeba jeszcze wrócić do siebie, do Sestri. Ostatecznie więc nie trafiamy do ostatniej wioski ale bynajmniej nie czujemy się pokrzywdzeni. Widzieliśmy o wiele więcej niż gdybyśmy przemieszczali się tylko pociągiem, trek wynagradza nam brak tej ostatniej, piątej mariny. Czekamy jeszcze chwilę i wracamy. W Sestri meandrujemy w poszukiwaniu drogi do mieszkania, po drodze znajdujemy cudowną rodzinną Gastronomie, gdzie kupujemy domowe jedzenie, lazanię, placek z cukinią, kruche ciasto z dżemem. Teraz tylko na ostatnich nogach dojść do mieszkania, zjeść, otrzeć łezkę nad niebiańskością jedzenia i zasnąć kamiennym snem, z szumem morza w uszach.

środa, 8 czerwca 2016

Liguria: Piza, La Spezia i Portovenere

Pomyślałam sobie, że blogowe nadrabianie zacznę od końca, to znaczy od ostatniej wycieczki – do Ligurii. Słyszeliście o tym regionie? Ja przedtem w ogóle. Dopiero W. hasłem "Jedźmy do Cinque Terre" sprawił, że zauważyłam ten wąski pasek lądu sięgający od Pizy aż do Monako. Liguria podobno nie jest popularnym kierunkiem wakacyjnym wśród Polaków, którzy wolą plaże Bibione, Rzym, Sycylię albo Toskanię. Zachodnie wybrzeże Włoch nadal pozostaje nieco na turystycznym uboczu a niesłusznie, bo to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam. Nazywana jest włoskim Lazurowym Wybrzeżem i jest w tym sporo prawdy – tak właśnie wyobrażałam sobie riwierę. Jest tu co prawda mniej apartmentowców i hoteli, mniej szerokich piaszczystych plaż i klubów, przyroda mniej okiełznana a teren bardziej górzysty niż nad Adriatykiem. Dzięki temu jednak region zachował w sobie jakąś autentyczność. I mimo tego, że Cinque Terre rokrocznie zalewane jest przez masy turystów, zwłaszcza ze Stanów, Wielkiej Brytanii i Skandynawii, to kiedy zejdzie się z głównej drogi nadal czuć tam atmosferę starych rybackich wiosek, w których toczy się zwyczajne życie. W La Spezii przy nabrzeżu nadal cumują kutry rybackie z masą poplątanych sieci, które mozolnie naprawiają ich właściciele, w Portovenere wiatr chłoszcze po twarzy a fale z hukiem walą o skaliste klify, w Santa Margherita Ligure nad zatoką wznoszą się XIX-wieczne wille z ogrodami pełnymi palm i glicynii, a morze nosi ten odcień turkusu, którego nie widziałam nigdzie indziej. 

PIZA

W Pizie lądujemy w środę wieczorem. Jakie to zabawne – w pięćdziesiąt minut przenieść się z trochę deszczowej Szwajcarii do Włoch, gdzie powietrze zupełnie inaczej pachnie, kamienice są żółte, a nie białe, a w najbliższym barze można dostać espresso za śmiesznie niską cenę (kawa prawem każdego obywatela). Loty to chyba najbliższy teleportacji wynalazek, jaki udało się ludzkości skonstruować. Zatrzymujemy się tutaj tylko na jedną noc, nazajutrz przed południem chcemy wyjechać do La Spezii i zacząć zwiedzanie właściwej Ligurii. A Piza to przecież wciąż Toskania. 

Wieczorem zrywa się straszna ulewa ale deszcz jest ciepły i pachnący. Z okien hostelu (mamy pokój na czwartym piętrze) rozpościera się widok na odrapane kamienice w kolorze terakoty, w oddali rysują się góry. Chodnik lśni tłusto w świetle lamp. Rano deszcz to przechodzi, to wraca. Idziemy zobaczyć obowiązkowy punkt wycieczki do Pizy czyli Krzywą Wieżę (przypomina mi się, że kiedy marzyło mi się zobaczyć krzywą wieżę i proszę, oto zaraz ją zobaczę. Zupełnie przypadkiem, przejazdem gdzie indziej, kiedy już dawno o tym marzeniu zapomniałam). Okazuje się, że Piza ma o wiele więcej do zaoferowania niż tylko słynny Piazza dei Miracoli – to bardzo przyjemne niewielkie miasto z mnóstwem wąskich uliczek, parków (na przykład najstarszym w Europie uniwersyteckim ogrodem botanicznym) i pięknych kamienic. W międzyczasie znów łapie nas deszcz i w płytkach Piazza dei Cavalieri odbijają się malowane fasady.

Sam Plac Cudów jest niesłychanie zatłoczony co jest dla nas sporym zaskoczeniem po w miarę pustych ulicach w centrum. Wszyscy robią sobie zdjęcie w słynnej pozie, my też, choć niby że ironicznie (aha). Zastanawiamy się, czemu właśnie Krzywa Wieża stała się tak popularna wśród turystów. W końcu cała jej niezwykłość polega na tym, że... nie stoi prosto. I już. Wygina się w prawo a potem, u szczytu, znów w lewo. "It has a shape of a banana" mówi jedna z przewodniczek. Grono ludzi zadziera głowy do góry, pstrykają migawki. Wieża ma kształt banana, bo kiedy okazało się, że fundamenty zaczynają się przekrzywiać, kolejne piętra dobudowano ze ścianą wyższą z jednej strony. Okazuje się, że wejście wszędzie jest płatne i bardzo drogie więc raczej zostajemy na placu i powoli obchodzimy go dookoła razem z tłumem, który to wyjmuje, to składa parasole z wizerunkami włoskich zabytków (sprzedają je tu za 4 euro). To, że Krzywa Wieża jest krzywa widać najlepiej zaraz przy podstawie. Z jednej strony fundament jest na poziomie gruntu, z drugiej zagłębia się mniej więcej dwa metry w ziemię.  Trochę nie wiemy więc, po co wchodzić do środka. Może chodzi o uczucie krzywości. Baptysterium, okrągły budynek stojący vis a vis wejścia do katedry robi na mnie największe wrażenie. Wydaje się zrobiony z koronki, olbrzymia kopuła otoczona jest filigranowymi rzeźbieniami. Katedra przypomina trochę tę w Mediolanie tylko w pomniejszeniu. Fronton wykładany jest kolorową mozaiką a dwie pary misternie odlewanych drzwi ozdabiają powykręcane łodygi róż. Poszczególne filary na tylnej fasadzie mają różne kolory, są białe, niebieskawe, szare i różowe.

Cały plac otoczony jest wysokim białym murem, który z jednej strony przytyka do Camposanto Monumentale czyli Starego Cmentarza. Uważany jest on za jeden z najpiękniejszych na świecie. Jest faktycznie monumentalny, kolumny w Wielkim Holu dwoją się w oczach, a freski, na które zdążyliśmy rzucić okiem, robią wielkie wrażenie. Wracamy obok Łaźni Nerona, z których zostały tylko ruiny porośnięte piniami, przez rzekę Arno, która jest dziwnie bura w porównaniu z Renem i przez fortecę Citadella Nuova. Rząd kamienic wzdłuż rzeki ma różne odcienie tej samej żółci, która odbija się jasno na tle nieba. Szybko zabieramy plecaki i biegniemy na dworzec, żeby złapać pociąg do La Spezii.

LA SPEZIA

To, co należy wiedzieć o La Spezii to to, że właściwie w ogóle nie jest turystyczna, co jest jedną z jej największych zalet. Nie ma tu zapierających dech w piersiach widoków, muzeów na skalę światową, nie-wiadomo-czego. Jest za to bardzo urokliwie. La Spezia położona jest nad olbrzymią zatoką o tej samej nazwie, gdzie znajduje się port przeładunkowy, port włoskiej marynarki wojennej, port jachtowy, rybacki i każdy inny. Marina ciągnie się kilometrami ze wschodu na zachód, więc tacy miłośnicy łódek wszelakiego autoramentu jak ja na pewno będą zachwyceni. Oprócz tego w La Spezii znajduje się zamek, Castello San Giorgio, z którego roztacza się fantastyczny widok na miasto i nabrzeże. La Spezia położona jest częściowo na pagórkach, które ciągną się zresztą wzdłuż całej Ligurii. Ulice ciągną się zaś prostopadle do pagórków, wspinają schodami wyżej i wyżej, obrośnięte są palmami i różami, ogólnie buszem, i są absolutnie czarujące, jak schody do zupełnie innej krainy. Oprócz tego kamienice – cóż to za uczta dla oczu! We wszystkich odcieniach bieli, beżu, żółci i terakoty, wysokie, stojące całkiem osobno tak, że okna wychodzą na cztery strony świata. Wszystkie są dość bogato zdobione i doskonale utrzymane. Tylko w centrum parę uliczek jest nieco obdrapanych, co również ma swój urok.

W La Spezii szwendamy się tu i tam, idziemy zobaczyć nabrzeże i w oczy rzuca nam się pierwsza aleja palmowa w czasie wycieczki. Palmy są ogromne, krzaczaste i nikną w oddali. Marina jest bardzo rozległa. Wzdłuż molo zacumowane są kutry rybackie – takie zwykłe kutry, ze zwojami sieci, zwałami desek i narzędzi, trochę obdrapane, trochę zaśniedziałe. Kręci się wokół nich kilku mężczyzn. Jeden z wprawą łata sieć, inny porządkuje łódź. Zastanawiam się, ile lat w zatoce La Spezia ktoś naprawia sieci i porządkuje łodzie, i wydaje mi się, że ten czas trzeba liczyć w stuleciach. A kutry stoją tu sobie obok lśniących, chromowanych jachtów wielkości małych domków. I obok szarych wojennych krążowników. I zwykłych jachtów żaglowych. Och, co w tej marinie nie stoi, nie kołysze się i nie skrzypi linami.

Aleje palmowe są wspaniałe ale równie wspaniałe są aleje pomarańczowe. Nigdy wcześniej takich nie widziałam. Rosną sobie tak po prostu, jak u nas aleje kasztanowe. Niewielkie drzewka stoją równym szeregiem wzdłuż chodnika, a z gałązek zwieszają się ciężkie, okrągłe owoce. Wyglądają jak małe słońca. Wspinamy się na zamek San Giorgio i szwendamy wąskimi uliczkami. Na Via Magenta jemy obiad w fantastycznej lokalnej restauracji – można zamówić tu pizzę w wielkich nieregularnych kawałach, włoskie piwo i lokalną specjalność czyli farinatę. To placek z mąki z ciecierzycy, który wyglądem przypomina trochę placki ziemniaczane. Wszystko jest pyszne. Po obiedzie idziemy dalej. Chcemy zobaczyć katedrę ale nie robi na nas wielkiego wrażenia. Jest wciśnięta między kamienice obok niewielkiego placyku z parkingiem. Nie ma klimatu. Niestety nawet malowniczo obłupane rzeźbienia na kamienicy obok nie poprawiają wrażenia. Czas nas goni więc idziemy dalej, w stronę targowiska niedaleko Piazza Cavour, skąd odjeżdżają autobusy do Portovenere. Pod zadaszeniem zostały tylko pozostałości po codziennym targowisku, smutnie porzucone liście sałaty i marchwiane nacie. Bilet kupujemy w małym kiosku i pytamy panią, gdzie jest przystanek i czy to właśnie tu. Mimo tego, że nie mówimy po włosku, a pani po angielsku, dogadujemy się bez problemu. Okazuje się, że to tu. Idziemy na przystanek. W międzyczasie zaczyna padać więc chowamy się pod drzewko. Pomarańczowe.

PORTOVENERE

Droga z La Spezii do Portovenere prowadzi wzdłuż wybrzeża. Miasteczko leży na cyplu zamykającym zatokę od zachodu i można się do niego dostać również łodzią, ale my wybieramy krętą drogę i widoki na kolorowe wille przedmieść La Spezii. Podróż trwa około 30 minut. Końcowy przystanek znajduje się pod Grand Hotelem i kiedy wysiadamy wiatr omal nie urywa nam głów. Niebo jest szarobure a oszałamiająco turkusowe morze wzburzone. Wąskie gardło przesmyku obryzgują pióropusze fal. Portovenere ulokowane jest nad nad zatoką utworzoną naturalnie między półwyspem a wyspą Palmarią. To kilka ulic wykutych serpentyną w skale, kilkadziesiąt wąskich kamieniczek przytulonych jedna do drugiej, a to wszystko opasane szarym murem, z górującym nad nim zamkiem. Główny deptak prowadzi wzdłuż nabrzeża, przy którym buja się kilka samotnych łodzi. Nie ma pogody więc parasole przy restauracjach są złożone, nikt nie siedzi przy stolikach, tylko wiatr dmie i szumią fale. Po drugiej stronie zatoki wznosi się czarna skalista ściana Palmarii. Z jednej strony jest nam trochę szkoda, że nie widzimy Portovenere w pełnej krasie, w palącym słońcu i morzu spokojnym jak tafla. Ale z drugiej strony nasze doświadczenie jest inne, niezwykłe. Widzimy drugą stronę miejscowości, liczę że bliższą prawdziwej. Tej bez turystów, leżaków i hoteli, a za to  codziennej i nie tak kolorowej.

Po drugiej stronie deptaka zaczynają się schody prowadzące do kościoła San Pietro, który posadowiony jest na samym końcu cypla. Po prawej widzimy jednak niskie przejście w murze, za którym coś błyszczy, coś się przewala. Nad przejściem widniej kuta tablica Grotta Byron, "w honorze poecie Byronowi, który był niestrudzonym pływakiem". Przechodzimy i zapiera nam dech. Białe bałwany huczą o skały. Turkus morza aż kłuje w oczy, po przeciwnej stronie zatoki wysoki biały klif przez moment oświetla jakiś zbłąkany strumień słońca. W oddali granatowe chmury jak na fresku. Cały ten obraz jest jakby nierzeczywisty, jakbyśmy oglądali jakiś włoski landszaft. A jednak. Włosy tańczą wokół głowy, do ust przylepia się rozpylona morska woda, w uszach szum. 

Zgodnie stwierdzamy, że kościół San Pietro jest wprost stworzony do brania ślubu. Jest mały, kamienny i stary jak świat, a przez wąskie okna za ołtarzem prześwieca niebieskie morze. Widocznie nie tylko my doszliśmy do tego wniosku, bo z przodu stoją dwa niskie taborety przybrane kwiatami. Ale kościół San Pietro jest również dawną fortecą. Można wejść powyżej dachu wąskimi kamiennymi schodkami i podziwiać drugą stronę zatoki (albo wypatrywać wrażych okrętów). Wyczytałam, że Portovenere już od czasów rzymskich było fortecą obronną i nosiło wtedy nazwę Portus Veneris, port Wenery. Co ciekawe przetrwało w niezmienionym stanie niemal do dzisiaj, mimo przejęcia przez wojska bizantyjskie, germańskie, potem przeróżne włoskie, mimo bycia świadkiem wojen i morskich potyczek. Walczył o nie Napoleon, walczyli inni, co wywalczyli to ich. Na początku XIX wieku Portovenere zaczęło być popularne wśród turystów i podróżników. Cała zatoka pomiędzy nim a Leirci jest nazywana Zatoką Poetów, bo przebywali tu i Byron i Shelley (ten ostatni się tu nawet utopił), i inni. Lata 50. XX wieku to rozkwit turystyki w całym Cinque Terre.

Widok z fortecy jest niesamowity. Wspinamy się jeszcze do drugiego kościoła, San Lorenzo i zapuszczamy się w kamienne przejście, za którym natrafiamy na cmentarz. Wykuty jest wysoko w skale, zwykłych grobów jest tu niewiele a tych kilka wysypanych jest białymi muszlami i skierowanych w stronę morza. Reszta dawnych mieszkańców spoczywa w marmurowych kryptach. Wiatr dmie nadal, w dole fale rozbija się o skały i czuję się jak w Dostatku Michaela Crummey'a. Panuje tu ten sam surowy spokój i wyraźnie odczuwalne współistnienie ludzi i morza.

Potem schodzimy wąskimi uliczkami w dół, przez starożytną bramę i w stronę Grand Hotelu. Czas wracać do La Spezii, czeka nas jeszcze podróż do Sestri Levante, gdzie mamy się zatrzymać przez kolejne trzy dni. Za nami Portovenere, przycupnięte na końcu cypla, otoczone szarym murem z kamienia, z cmentarzem wyglądającym na morze, widujące Byrona i Shelleya, na co dzień i tak zanurzone w pracy i morskiej pianie – nadal trwa tak samo jak kiedyś. Mimo zmian dekoracji.

środa, 25 maja 2016

Gdzie byłam jak mnie nie było


Niby nie potrzebuję się nikomu tłumaczyć ale jakby tak nadgonić trochę to, co się działo u mnie i dlaczego nie działo się na blogu? Pomyślałam, że parę słów na temat tej bardzo długiej przerwy by się przydało – nie tylko Tobie, Czytelniku, ale także mnie, żeby teraz jakoś łatwiej mi było wrócić do pisania. Postanowiłam zatem, że zrobię mały recap, coś w rodzaju podsumowań, które robiłam każdego miesiąca w poprzednim roku. Najłatwiej było mi podsumować rzeczy miesiąc po miesiącu, wraz z szybko i intensywnie ewoluującymi stanami emocjonalnymi. Chyba właśnie te stany były najtrudniejsze do ogarnięcia. Bo wiecie – nagle dopadła mnie DOROSŁOŚĆ i ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Ale po kolei.

STYCZEŃ
Moja droga do pracy
Jeżeli śledziliście mojego Facebooka to wiecie, że cały styczeń spędziłam w Afryce, na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Pojechałam tam z uniwersytetem w ramach kursu metodologicznego. Taka różnica – z UAM-em na kurs metodologiczny pojechaliśmy na drugim roku na Podlasie i brodziliśmy przez dziesięć dni w śniegu mając prikaz zebrania dziesięciu wywiadów, koniec kropka. W Bazylei kurs metodologiczny odbywa się na studiach magisterskich. Sam wyjazd poprzedzony jest przygotowaniami, kursem teoretycznym, rozpisaniem planu badawczego, prezentacją projektu. A w przerwie semestralnej wyjeżdża się do kraju spoza europejskiego kręgu kulturowego. Najczęściej do Afryki, bo Unibas zorientowany jest mocno na studia afrykanistyczne. Każdy student studiów społecznych i kulturowych może wziąć udział w takim kursie. Dostaje mały grancik, z którego kupowane są bilety lotnicze i fruu – leci sobie w dalekie kraje testować w ekstremalnych warunkach swoje umiejętności antropologiczne. 

Jak opisać w skrócie taką wyprawę? Nadal nie wierzę, że ją odbyłam. Moja wyobraźnia nie była w stanie wybiec dalej niż początek stycznia – po prostu przyszłość kończyła się wraz z wylotem z Berlina a dalej następowała jakaś straszna czarna dziura, której nie umiałam zapełnić żadnym znanym obrazem. Nigdy wcześniej nie byłam w Afryce, ba, nigdy wcześniej nie byłam poza Europą! Nie znałam francuskiego, nie wiedziałam właściwie gdzie ani co będę badać. Miałam jakieś mgliste pojęcie o tym, co mnie być może czeka, ale z tych mgieł wysuwały się jakieś koszmarne powidoki... nie pamiętam czego. Pamiętam, że strasznie się bałam. Bałam się niewiadomego. 

Potem okazało się, że nie jest źle. Było parę ekstremalnych momentów. Na przykład wtedy, kiedy z musiałam przejechać z Abidżanu do Man najobrzydliwszym autobusem jaki istnieje na ziemi, w którym z załomków foteli wyłaziły karaluchy czy inne robactwo, szyby były czarne od pyłu i kopcia a przez pół drogi (czyli dobre cztery czy pięć godzin) ktoś na tylnych siedzeniach uparcie wył (podobno opętał go zły duch). Ale co tam autobus, kiedy za oknem przesuwa się sawanna i wioski z lepianek! Co tam brak toalety, upał, pył i okrzyki la blanche kiedy jest prąd, jest z kim porozumieć się w języku, który znam i kiedy okazuje się, że umiem robić badania w całkowicie innym kontekście kulturowym. 

W Afryce nic nie pisałam, co jakiś czas publikowałam tylko zdjęcia na fanpage'u. Uznałam, że nie chcę tworzyć notek na bieżąco. Prowadziłam w tym czasie dziennik badacza, gdzie przelewałam wszystkie emocje na papier i jakoś próbowałam sobie poukładać w głowie to, co widzę i czego doświadczam. Ale to wszystko było zbyt surowe, zbyt drażliwe żeby to jakoś upubliczniać. Poza tym potrzebowałam czasu na "wyjście z terenu". Można uznać to za herezję, ale dużo czytałam i to rzeczy nie związanych zupełnie z tematem badań, obejrzałam kilka filmów, słuchałam muzyki. Bardzo starałam się zachować jakąś psychiczną autonomię, bo znając siebie wiedziałam, że bez zachowania dystansu nie będę w stanie funkcjonować: normalnie pracować, nawiązywać kontaktów, robić notatek i czuć się na tyle spokojnie i pewnie na ile się da. Balans, balans jest najważniejszy. 

LUTY
Ratusz w Miluzie
Połowę lutego spędziłam również na Wybrzeżu. Ostatnie dwa tygodnie ciągnęły się mniej niż poprzednie, bo miałam już dobrze sfokusowany temat, wiedziałam co i jak mam robić i miałam pomoc w postaci Caroline, mojej terenowej tłumaczki, przewodniczki i przyjaciółki. Całe dnie przesiadywałam a to w manufakturze manioku, a to u Caroline, a to na wyjazdach do okolicznych wiosek, a to na zabawach z dziećmi mojego gospodarza i tymi z sąsiedztwa. Wzbudzałam tym ogólne zdziwienie i rozbawienie, do tego stopnia że robiono mi zdjęcia i kręcono filmiki telefonami kiedy skakaliśmy przez sznur albo siedzieliśmy razem pod mangowcem i próbowaliśmy się jakoś porozumieć w łamanym francuskim. 

Ostatnie trzy dni pobytu spędziliśmy z powrotem w Abidżanie – z prysznicem, toaletą, wiatrakiem pod sufitem i jedzeniem, które nie przypominało ryżu z sosem rybnym, który jadłam na okrągło przez pięć tygodni w Man. Spełniło się też jedno z moich marzeń, czyli wykąpałam się w oceanie. Serio, wykąpałam się w oceanie! Było to wtedy, kiedy pojechaliśmy do dawnej dzielnicy kolonialnej, Grand Bassam, która znajduje się około 40 kilometrów od Abidżanu. To dawne centrum administracyjne, a obecnie kurort, w którym można spotkać wszystkich białych z okolicy. Kojarzycie palmy, hibiskusy, spalone słońcem, popękane fasady, piach, upał, plaże, leżaki i szum morza? Tak, właśnie tak wygląda Grand Bassam – jak z obrazka ze starego albumu. 

Potem wróciliśmy do Bazylei i po raz pierwszy poczułam, jak bardzo się tutaj już zadomowiłam. Wracałam do siebie. Wracałam do ludzi, którzy chyba mnie lubią, bo cieszą się na mój widok, chcą słuchać o moich przeżyciach, zapraszają mnie na kolacje, piszą, żeby się spotkać i piją ze mną na umór podczas Fasnachtu. No właśnie, to kolejne przeżycie – bazylejski karnawał, który jest fenomenem na skalę światową, bo to jedyny taki karnawał, który trwa już w Wielkim Poście. Ma on wielowiekową tradycję i w dawniejszych czasach był jedyną okazją, żeby swobodnie wypowiadać się na temat władzy, zwierzchników czy polityki. Robiono to w formie prześmiewczych piosenek, które układa się do dzisiaj. W Bazylei funkcjonują specjalne bractwa, które zajmują się organizacją Fasnachtu już dzień po tym, jak skończy się poprzedni. Przez trzy dni całe miasto jest właściwie sparaliżowane, w centrum przez 24 godziny na dobę trwają parady, imprezy, tonami sypie się konfetti, rozdawane są fanty i wszędzie snują się przebierańcy. Szwajcaria w ogóle nie przypomina wtedy tego spokojnego, rozsądnego, umiarkowanego kraju. Jakby maski karnawałowe pozwalały na uwolnienie wewnętrznego ognia. 

My też balowaliśmy na Fasnachcie, a jakże. Byłam bardzo szczęśliwa, że wreszcie dzieje się coś innego, że nie jestem w Afryce tylko w miejscu, które dobrze znam i czuję się swobodnie. Bale skończyły się wraz z ustaniem muzyki (te same kilka tonów wygrywanych na fletach piccolo) w czwartek nad ranem, więc my też powlekliśmy się z powrotem rozsypując po drodze konfetti, które nie wiadomo jakim sposobem dostawało się wszędzie (serio, wszędzie). No, muszę Wam powiedzieć, że dobrze spędzony Fasnacht odbija się solidnym bólem głowy. Ale warto!

Potem zaraz zwizytowała mnie moja Mama. Niestety pogoda nie bardzo nam sprzyjała, więc głównie jeździłyśmy sobie do ciekawych muzeów i popijałyśmy herbatkę. Udało nam się dotrzeć do Fondation Beyeler na doskonałą wystawę z pracami Jeana Dubuffeta, twórcy brutalizmu w sztuce i inicjatora nowych technik malarskich (zaczął na przykład używać piasku czy ziemi). Byłyśmy również w Vitra Haus w Weil am Rhein, czyli salonie meblowym firmy produkującej najsłynniejsze krzesła na świecie. Wiecie, jaką sztuką jest stworzyć dobre krzesło? Wielką! Sam Vitra Haus również jest wspaniałym przykładem rozwiązań architektonicznych. Polecam po zwiedzaniu odwiedzić kawiarnię, mają tam bardzo dobre ciasta i kawę (a zwłaszcza tort szwarcwaldzki. O rrany, jaki on jest pyszny).

Reszta lutego upłynęła mi na rozterkach w życiu prywatnym i różnych emocjonalnych zawirowaniach. W ramach odskoczni pojechałam sobie wycieczkowo do Miluzy – najbliższego miasta w Alzacji, absolutnie cudownym regionie Francji, który nadal jest chyba stosunkowo mało znany. Pogoda była piękna a Miluza jest bardzo przyjemnym miejscem. Nie jest może aż tak malownicza jak Colmar, który odwiedziłyśmy z I. podczas jarmarku bożonarodzeniowego, ale na jednodniowy wyjazd nadaje się znakomicie. Sporo jest tam restauracji i jadłodajni serwujących dania lokalnej kuchni, przede wszystkim tarte flambee czyli flammkuchen, rodzaj cienkiego podpłomyka upieczonego w piecu z serem, cebulą i boczkiem. Jest bardzo prosty i bardzo smaczny. 

MARZEC
Jezioro w Naantali
Marzec przeleciał mi nie wiadomo kiedy. Pierwsze dwa tygodnie to był jakiś szalony ciąg spotkań i imprez. O wycieczce do Lucerny już wiecie z tego posta. Zakończyła się przesympatyczną posiadówką w akademikowej kuchni, winem i dobrym jedzeniem. Kilka dni później urządziłyśmy z koleżanką, która obchodziła swoje urodziny dzień po mnie, wielkie przyjęcie urodzinowe. Powiem szczerze, że było większe niż się spodziewałam, bo ostatecznie zapomniałam ile osób zaprosiłam i nie sądziłam, że wszyscy przyjdą. No i przydarzył mi się koszmar każdego organizatora – otóż przyszli wszyscy. Jedliśmy na tury i sądzę, że ostatecznie przewinęło się przez naszą kuchnię około 30 osób. Dokładnej liczby gości nie znam, bo już w pewnym momencie straciłam rachubę. Trzeba było przynieść dodatkowy stół i pożyczyć talerze i widelce z innych kuchni. Przygotowałyśmy wariację na temat afrykańskiego jedzenia (wariację, bo było nieco lepsze od tego, co jadłam faktycznie w Afryce) czyli sauce d'arachide au poulet, kurczaka w sosie pomidorowym z dodatkiem masła orzechowego i z ryżem. Wyszło nadspodziewanie dobre i zeżarło się na pniu. Goście nie zawiedli i zaopatrzyli przyjęcie w dostateczną ilość wina i deserów, były toasty, rozmowy i tańce, zabrakło tylko śpiewów ale to jeszcze się nadrobi. 

Zaraz potem odbywało się Vorkliniker party, impreza w stylu lat 20. Myślę, że przyszło na nią pół uniwersytetu z przyległościami, a już na pewno pół naszego akademika. Należało zmontować sobie strój, zrobić włos i oko, odbyć bifor, następnie party właściwie i jeszcze after, o piątej rano, w towarzystwie odgrzewanych resztek z kolacji i na poły sennych rozmów. W każdym razie bawiłam się doskonale a do tego bardzo się zbliżyliśmy do siebie ze znajomymi z kuchni. W nowym semestrze nieco zmienił nam się skład i jakoś zrośliśmy się ze sobą o wiele lepiej niż przez poprzednie parę miesięcy. Do rytuału weszło między innymi wieczorne picie herbaty – nie wiem ile dzbanków już jej wypiliśmy ale myślę, że galony to dobra miara.

W drugiej połowie marca byłam za to w rozjazdach. Odwiedziłam W. w Finlandii (tanie loty Wizzair!), zahaczając przy okazji o Gdańsk, gdzie udało mi się jeszcze zobaczyć z bratem. Nigdy wcześniej nie byłam w Finlandii i zżerała mnie ciekawość jak bardzo skandynawski jest to kraj. No, okazało się, że całkiem, całkiem. Turku to w ogóle bardzo ładne miasto położone na zachodnim wybrzeżu, tuż nad morzem, u ujścia rzeki Aurajoki. Widoczne są tu bardzo silne szwedzkie wpływy (jest tu na przykład szwedzkojęzyczny uniwersytet), więc może dlatego czułam się bardzo znajomo. Oprócz atrakcji w rodzaju zamku, hali targowej, nabrzeża portowego i kilku muzeów (w tym bardzo fajnego muzeum historycznego z odkrytymi ulicami średniowiecznego miasta), Turku słynie z wyspy, na której zrekonstruowano Dolinę Muminków. Naantali znajduje się kilka kilometrów za miastem w cudownym otoczeniu jeziora i lasów. Podczas naszej wizyty niebo się wypogodziło, ściskał niewielki mróz a na jeziorze skrzył się lód. Sama wyspa jest naprawdę urocza a domek Muminków faktycznie wygląda jak z bajki. W drodze powrotnej do Polski udało mi się jeszcze zahaczyć o plażę w Brzeźnie, więc zobaczyłam Bałtyk ze wszystkich możliwych stron, od góry włącznie.

Kolejny tydzień, świąteczny, spędziłam w domu najadając się po cebulki włosów sałatek, jajek, białej kiełbasy i żurku, pokazując afrykańskie zdjęcia, odwiedzając rodzinę i orientując się, że wizyty w domu są bardzo, bardzo miłe, ale moje życie jest już zupełnie gdzie indziej. Niechętnie też przychodziło mi opowiadanie o Afryce – zorientowałam się, że ciężko wraca mi się do tych wspomnień. Jakbym zapakowała je w pudełko i odstawiła na półkę z napisem "Do opracowania kiedyś" i z radością zwróciła się ku innym sprawom. Teraz myślę, że musiały się do tego przyczynić silne emocje jakie towarzyszyły mi przez cały pobyt a zwłaszcza na końcu. Dochodzę do wniosku, że wcale nie było mi tak łatwo i wymagało to ode mnie większego wysiłku psychicznego niż mi się wydawało. Potrzebowałam czasu, żeby nabrać do tych wspomnień dystansu. Poza tym znów wiele działo się w marcu na gruncie prywatnym i chyba nie chciało mi się przepracowywać wszystkiego naraz.

KWIECIEŃ
W kwietniu chociaż pogoda była ładna
Kwiecień był dla odmiany dość monotonny i męczący psychicznie. W pierwszy weekend wybrałam się wychodzić sobie parę myśli, bo już zaczynałam krążyć jak lew po klatce i coraz bardziej zapętlać się w spirali "ojezuniewiemcomamrobić". Wcześniej podjęłam pewne decyzje, których skutki zaczęły do mnie docierać z opóźnionym zapłonem. I jednocześnie mnie zachwyciły i koszmarnie przeraziły. Nagle otworzyło mi się tyle możliwości i wszystko zaczęło zależeć tylko i wyłącznie ode mnie. I przeraziła mnie siła jaką mają ludzkie decyzje, moje decyzje. Pierwszy raz w życiu zmieniałam coś, i to tak radykalnie, wyłącznie dzięki własnej inicjatywie. Pierwszy raz sama musiałam wymyślić co właściwie mam robić dalej i podjąć ku temu jakieś kroki a nie iść z prądem albo opierać się na kimś innym. Zbiegły mi się nagle końce różnych etapów w życiu i nagle zorientowałam się, że jeżeli nic nie zrobię to nic się nie wydarzy. I to było straszne. Zawsze człowiek mniej więcej wiedział, co ma przed sobą. Po maturze oczywiście studia – to był po prostu wybór między jednym a drugim. Potem decydowało się lub nie na rzeczy, które jakoś pojawiały się po drodze. A teraz przyszłość zaczęła się jawić jako pustka. Doszłam do etapu, w którym znów przydałoby się coś wybrać ale ten wybór musiałam zapewnić sobie sama. Nikt tego za mnie nie zrobi, nikt mi nie podsunie gotowych rozwiązań. Poza tym uświadomiłam sobie jeszcze parę innych rzeczy, jak na przykład to, że jeżeli nie znajdę jakiejś pracy to nie będzie mnie stać na czynsz. No i właśnie po to poszłam na wędrówkę po Basel Landzie. Żeby wymyślić, co ja właściwie do jasnej anielki mam ze sobą zrobić i, przede wszystkim, czego ja właściwie chcę. 

No i jakoś powoli doszłam do tego, co chcę. I jak mam to zrobić. I zaczęłam próbować to wdrażać. Nadal miałam w głowie mętlik i musiałam powalczyć trochę z dziwnym nastawieniem, którego sobie nie uświadamiałam, a mianowicie, że nie warto się starać, bo i tak nie wyjdzie. Od kiedy właściwie zaczęłam tak myśleć? Nie mogłam sobie przypomnieć. No więc zwalczałam te różne przypadłości, jedna po drugiej, jakoś wygmerywałam się na powierzchnię i próbowałam nie wpadać w panikę. Doszłam do wniosku, że chyba nie jestem jedną z tych osób, dla których niepewność, co zdarzy się za kilka miesięcy jest ożywcza, fascynująca. Bo ja nadal nie wiem co będzie za kilka miesięcy. Nie wiem, gdzie będę mieszkać, co robić, jak zarabiać. Wiem, czego nie chcę. Wiem, czego mniej więcej chcę i jak mogę to osiągnąć. Ale nie wiem, czy mi się uda. I to wcale nie jest taka fajna wizja. Ale cóż mi pozostaje poza wiarą, że coś wyjdzie i że robię co mogę, aby wyszło? Nic. Ale wiecie co? Parę rzeczy już się udało. To naprawdę budujące widzieć, że akcja wywołuje reakcję i że ta reakcja jest pozytywna. Znów zaskoczyło mnie to, że mam właściwie wpływ na to, co mi się przytrafia i że nie jestem pyłkiem niesionym na wietrze. 

MAJ
Majowy Colmar jest tak samo piękny jak zimowy
Miesiąc jeszcze się nie skończył ale całkiem sporo już się wydarzyło. Sprawy zaczęły się układać nieco bardziej pomyślnie, coś poszło do przodu, coś zaczęło grać samo. W pierwszy weekend odwiedziła mnie koleżanka i znów mogłam trochę pobawić się w turystkę w Bazylei. Pogoda była piękna i korzystałyśmy z niej ile mogłyśmy. W sobotę pojechaliśmy całą grupą do Colmaru i Strasburga. Planowałyśmy się tam wybrać z I. już od dłuższego czasu a teraz nadarzyła się świetna okazja. Kupiliśmy sobie jednodniowy bilet weekendowy oferowany przez SNCF na terenie Alzacji– to bardzo dobre rozwiązanie, bo inaczej przejazd w te i z powrotem kosztuje około 50 euro, a tak zapłaciliśmy niecałe 10 na osobę. Za to w niedzielę, na zakończenie, poszłyśmy do świeżo otwartego Kunstmuseum, poszukać obrazu Holbeina Młodszego, który właściwie zainspirował M. do odwiedzenia Bazylei. Nie miałam pewności czy jest wystawiony ale szczęśliwie był. Miałyśmy też okazję przepłynąć się promem na Renie. Odkąd tu jestem jeszcze nigdy tego nie robiłam! Przeprawa trwa oczywiście tylko kilka minut ale zawsze atrakcja. Na drugim brzegu, od strony Kleinbasel, zeszłyśmy na wąska kamienistą plażę i zanurzyłyśmy stopy w wodzie. No, jeszcze nie zdecyduję się wykąpać ale niech no tylko zrobi się trochę cieplejsza...

W kolejnym tygodniu z kolei pojechałam na kilka dni do Włoch. Wiecie, że jak ktoś rzuca hasło "Włochy" to ja stoję w drzwiach, zwarta i gotowa. Tym razem W. rzucił hasło Cinque Terre no i zgadnijcie ile trzeba było mnie namawiać. Postanowiliśmy zwiedzić trochę więcej niż tylko Cinque Terre, zwłaszcza że Liguria to ta mniej znana włoska riwiera a ja, jak pisałam, nigdy na żadnej riwierze nie byłam. I tak to udało nam się przejechać wybrzeże od Pizy do Genui, zahaczając po drodze o La Spezię, Portovenere, pięć wiosek Cinque Terre, Sestri Levante, St. Margharita Ligure, Rapallo, Chiavari i Portofino. O tym wyjeździe przygotuję osobny wpis (lub kilka, bo zdjęć jest ogrom), bo udał się znakomicie a Liguria to od tej pory jeden z moich ulubionych regionów we Włoszech.

Przez ostatni weekend również miałam gości – zrewizytowaliśmy więc Vitrę i Meriangarten, gdzie złapała nas wiosenna burza, a także zjedliśmy pyszne jedzenie na Street Food Festival. To kolejna edycja tego, który opisywałam na jesieni, w tym poście.


No, to właściwie mniej więcej tyle. Tak właśnie przedstawia się w skrócie te poprzednie kilka miesięcy, kiedy sporadycznie bywałam na blogu. Działo się wiele ale rzadko bywało to coś na tyle lekkiego i pozytywnego, że miałam ochotę się tym dzielić. Uznałam, że najpierw uporam się z tym, co mam w głowie a potem zajmę się na powrót pisaniem, bo to jednak trochę niepoważne. No cóż, może trochę za bardzo sobie odpuściłam i pozwoliłam na pogrążanie w czekaniu aż coś się stanie. Coś się zmieni. Coś się ustatkuje, okaże, wyjaśni. Coś minie i nastanie Najlepszy Moment Na Pisanie. No i nie wiem, czy się zmieniło czy nie, czy ja po prostu wzięłam się w garść, czy już musiałam dać upust swojemu grafomaństwu czy co. W każdym razie jestem. 

PS. Czy zauważyłeś Drogi Czytelniku, zmianę szablonu? Jak Ci się podoba? Ja uważam, że jest bardziej przejrzysty a do tego lepiej skalibrowany, o wiele łatwiej się na nim pracuje. Daj znać gdyby coś nie działało.