czwartek, 16 lutego 2017

Diabłu ogarek czyli Tüfelsschlucht i Belchenflue

Czasem wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby pojechać gdzieś, gdzie jest ładnie, gdzie się jeszcze nie było, a skąd spokojnie da się wrócić do domu na kolację. Bardzo lubię takie wycieczki, tuż za próg. Rano śniadanie, buty, kanapki do plecaka, potem wsiada się w podmiejski pociąg i już za chwilę jest się u zarania kolejnej małej wyprawy. 

Tym razem to nie ja wybierałam szlak i bardzo się cieszę. Lubię sama decydować, gdzie idę, ale równie fajnie jest poddać się zupełnie czyjejś sugestii i przewodnictwu, i z pustą głową wędrować przed siebie i podziwiać widoki. Tak z grupką znajomych wybraliśmy się na pogranicze Basel Landu i Solury, pół godziny drogi od Bazylei. To tak zwany Mittelland, pogranicze między regionem wysoko alpejskim (na wschód) a przedalpejską Jurą (na zachód). Ta ostatnia stanowi zachodnie odgałęzienie Alp, położone na granicy francusko-szwajcarskiej, i różni się od Alp przede wszystkim rodzajem pofałdowania – szczyty Jury są o wiele niższe, a profile gór – łagodniejsze, nieco podobne do polskich Beskidów. Mittelland, czy też Wyżyna Szwajcarska, to wcale niemały region, ciągnący się łukiem od Jeziora Genewskiego aż po Konstancję i Jezioro Bodeńskie. Krajobraz jest tutaj nieznacznie pofałdowany, pagórki nie przekraczają 700 m n.p.m. a klimat umiarkowany co sprawia, że region ten jest idealny pod względem warunków rolniczych i uprawy winorośli. Przecina go sieć dobrze utrzymanych pieszych szlaków o różnym statusie, od regionalnych po narodowe, o niskim stopniu trudności. 

Wycieczkę zaczęliśmy ze wsi Hägendorf, dziesięć minut jazdy od Olten. Stąd szlak prowadzi najpierw przez wieś, a następnie wywodzi nas do lasu i dalej poprzez piękny wąwóz, zwany właśnie Teufelsschlucht, lub w dialekcie szwajcarskim: Tüfelsschlucht, Diabelski Jar. Korytem płynie tu wartko strumień, który wiosną pewnie zmienia się w rwącą rzekę, nad którym przerzucone jest kilkanaście pomostów, prowadzących nas to jedną, to drugą stroną wąwozu. Kamienne ściany wznoszą się na kilkanaście metrów w górę i porośnięte są, nawet w zimie, bujną zielenią mchów i paproci. W pewnym miejscu mija się wydrążoną w zboczu jaskinię z wypalonym na czarno miejscem pod ognisko i okopconym sklepieniem – ma się tu wręcz ochotę wypatrywać jakichś malowideł naskalnych. Nawet w zimie las jest tu pełen kolorów: zimozielonych drzew i krzewów, jasnozielonych mchów, bieli śniegu, czerni ścieżynek i czerwieni zbutwiałych liści. 
Dalej szlak wiedzie pod górę przez las i przez łąkę, wyprowadzając nas na płaskowyż Allerheiligenberg, skąd powinien roztaczać się szeroki widok na Alpy. Przed nami się nie roztaczał, bo pogoda dopisała nam średnio, ale kolejne łańcuchy gór w oddali miały za to akwarelowy, rozmyty, szaroróżowy odcień. Stamtąd szlak prowadzi to lasem, to odkrytą przestrzenią przez łąki. I kiedy tak sobie szliśmy, noga za nogą, padający na nas drobny deszczyk zmienił się w śnieg i tak padał i padał, niemal do samego szczytu, mocząc nam buty aż do skarpet.

Belchenflue ma wysokość 1099 metrów, więc nie jest to szczyt bardzo wysoki, ale zdecydowanie góruje nad okolicą, która tamtego dnia spowita była we włókniste kłęby chmur, przewalające się pod wpływem wiatru nad grzbietami. Miejscami widać było łąki poniżej, a czasem horyzont w dali odsłaniał się na kształt błękitnego wrzeciona, przez które, jak przez ucho igielne, widać było zarysy ośnieżonych gór. Powietrze było wilgotne i mroźne, przylepiające włosy do policzków i wywiewające ciepłotę spod kurtek, jakby wyjęte z powieści o wzgórzach, wrzosach i owcach. 
Droga w dół prowadzi przez las dobrze utrzymanym traktem, który wedle informacji umieszczonych na tablicach, został wybudowany w czasie I wojny światowej. Z lewej przylega do skalnej ściany, na której co kilkadziesiąt metrów widnieją herby dywizji czy legionów sprzed kilkudziesięciu czy kilkuset lat (pojawiały się nawet czasy napoleońskie), z prawej obejmuje go porządny kamienny murek. Jak się okazuje, tereny te używane były w roli ćwiczebnych przez kolejne pokolenia szwajcarskich żołnierzy. Do wojska należała też mała drewniana chata, którą napotkaliśmy w momencie, kiedy żadne z nas nie czuło już palców u rąk. General-Wille-Haus jakiś czas temu została przekształcona na schronisko i od tej pory należy do SAC, Schweizer Alpen-Club. Z zewnątrz niepozorna, pozbawiona ozdób i napisów, z małym szyldem nad drzwiami, skrywa rozkosznie nie-turystyczne wnętrze pełne prostych drewnianych stolików nakrytych ceratą, z małym barem z gorącymi napojami, zupą i domowym ciastem oraz niebieskimi perkalowymi zasłonkami w oknach. Na ścianach widnieją żołnierskie podobizny i wyblakłe fotografie alpinistów, w kącie stoi piec opalany drewnem, łazienki są zimne, ludzie się znają, a głównym napitkiem jest tutaj gorąca czekolada. Szczerze mówiąc, czułam się tam zupełnie jak w polskich schroniskach w Bieszczadach czy Beskidzie. 
Rozgrzawszy trochę skostniałe palce, ruszyliśmy dalej, ostatnim odcinkiem drogi do Olten. Schodzi się do niego najpierw łąką a potem drogą przez las, która wyprowadza na boczne osiedlowe uliczki. Nigdy wcześniej nie byłam w Olten. Znacie ten typ miasta, przez które się tylko przejeżdża i zna się je jedynie od strony dworca? No właśnie, Olten do niego należy. A okazuje się, że jest tutaj sympatyczna starówka, kilka ładnych kamienic i wąskich uliczek oraz drewniany most. Zwłaszcza przez ten most, Olten bardzo przypominało mi Baden. A może przez ten deszcz. A może po prostu wszystkie małe szwajcarskie miasteczka po tej stronie granicy językowej wyglądają dokładnie tak samo.

Z Olten pociągi odchodzą we wszystkich kierunkach co kilkanaście minut, do Bazylei również. Nic prostszego więc – kupić bilet, poczekać chwilkę w zacisznym miejscu, wsiąść do piętrowego pociągu a po pół godzinie wysiąść niemal pod domem. 
Uwielbiam szwajcarskie podróżowanie, i te bliskie, i te dalekie.

Informacje praktyczne
Do Hägendorf najłatwiej dojechać z Olten, do którego dochodzą pociągi praktycznie ze wszystkich większych miast Szwajcarii. Tam należy się przesiąść w pociąg w kierunku Biel/Bienne, podróż zajmuje mniej niż 10 minut. Jeżeli jedziemy od strony Solothurn (miasta), należy wybrać pociąg regionalny i wysiąść od razu w Hägendorf. Bilet powrotny z Bazylei kosztuje ok. 18 CHF (z Halbtaxem). We wsi należy kierować się znakami najpierw na Tüfelsschlucht, a następnie Allerheiligenberg, Belchenflue, Hauenstein, Olten. 
Podgląd trasy dostępny TUTAJ.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Góra Aniołów. Engelberg i Titlis

Cześć!
Być może zastanawialiście się, gdzie się podziewam przez ostatnie kilka dni. Właśnie wróciłam z krótkiej wizyty w Polsce. Pojechałam po kilka dokumentów, które wolałam przywieźć osobiście i... po coś jeszcze. Coś długiego i płaskiego. Występującego w parze. Kto zgadnie?
Znów, jak za każdym razem przyrzekam sobie, że nigdy więcej żadnych autobusów i blablacarów, bo siedzenie dwanaście godzin w samochodzie jest nieludzkie. Samolot! Tylko samolot. Jestem jednak przekonana, że planując następną podróż do domu, wykażę się zdumiewającą amnezją i stwierdzę, że autobus jest lepszą opcją, jeżeli znów zechcę przewieźć więcej bagażu. Oby nie.

W każdym razie, dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o krótkiej wycieczce do Engelbergu. Ładna ta nazwa i bardzo przemawia do wyobraźni. Góra Aniołów. Anielska Góra. Wyobrażam sobie skrzydlate chóry zstępujące po stromych graniach w mroczne doliny, złote trąby odbite w śniegu, szelest piór, błękit nieba nad ostrym szczytem. Anielska ta góra, Titlis, anielskie otoczenie, zwłaszcza w ciszy bezwietrznej pogody, w załomkach, gdzie nie słuchać gwarnego tłumu, tylko słońce świeci w oczy a powietrze jest tak lekkie, że nieomal unosi cię jak balonik napełniony helem ponad te śnieżne czapy.

Bałam się trochę niepogody. Zazwyczaj pogoda mi nie przeszkadza w najmniejszym stopniu, ale jak to tak wjechać na górę i nic z niej nie widzieć? To tak jak lizać cukierek przez papierek. Jak widzieć ciastko przez szybkę. Ale pogoda udała się wymarzona, ciepła i bezchmurna. Wyjechałyśmy rano z Bazylei, kiedy jeszcze niebo zasnuwało parę chmurek ale w miarę zbliżania się do Lucerny, ponad głowami jaśniało nam i błękitniało, a z drugiego pociągu który zabrał nas wprost do Engelbergu, widziałyśmy już góry w oprawie kobaltu.
Engelberg jest nieduży, i jako miejscowość, i jako ośrodek narciarski. Nie ma tu wiele tras, jednak widoki rekompensują niejaki brak różnorodności. Oczywiście królową szlaków jest Titlis, 10 000 stóp nad ziemią (można powiedzieć 3020 metrów, ale dziesiątki są jakoś bardziej obrazowe). To też był nasz cel. Można powiedzieć – po co niby wjeżdżać na górę, żeby tylko z niej popatrzeć na inne góry i to co w dole. No, powiem Wam, że też do końca nie wiem. Ale jest w tym frajda, więc czemu by tego NIE robić. Patrzenie w dół z góry ma do tego jakiś metafizyczny charakter, stoi za tym jakaś mocna filozofia, której ja się bez reszty poddaję i patrzę, co ze mną zrobi. Zazwyczaj robi mi dobrze.

Na Titlis wjeżdża się kilkoma etapami kolejką gondolową. Zauważyłam, że jest kilka głównych rodzajów kolejek: po pierwsze zwykłe wyciągi krzesełkowe, które zabierają narciarzy w górę krótkich tras, takie, w których majta się nogami i marznie w twarz. Potem są takie gondolki, mniejsze lub większe, mieszczące od sześciu do ośmiu, dziesięciu osób. Zazwyczaj nie jadą wysoko nad ziemią i są w miarę nieinwazyjne dla mojego lęku wysokości. Te zazwyczaj pracują bez przerwy, po prostu jeżdżą w kółko i nie trzeba na nie czekać. Następnie mamy duże wagony, mieszczące od 30 do nawet 100 osób, na które trzeba czekać, bo jeżdżą powoli raz w dół, raz w górę. Te budzą we mnie prawdziwe przerażenie, choć nie powinny, bo przecież są mocniejsze, porządniejsze. Zazwyczaj jednak przenoszą ludzi na duże wysokości, wspinają się setki metrów nad ziemią, niemal pionowo w stosunku do skały i mimo iż wiem, że nic złego stać się nie może, to mój umysł podsuwa mi bardzo wyraźne obrazy o charakterze katastroficznym, w którym wszyscy giniemy w kupie żelastwa kilkaset metrów niżej. Jednak z każdym kolejnym przejazdem, po którym cudownie bez szwanku docieramy do celu, mój lęk się jakby zmniejsza.

Na Titlis wjeżdża się taką pracującą nieustannie gondolką, która po drodze mija dwie stacje. Na jednej z nich można przejechać się krótką trasą na sankach, na drugiej na oponie (niestety wszystkie opony były w kółko zajęte), a na ostatniej, Stand, przesiada się do słynnej obrotowej gondoli, która wiezie na sam szczyt Klein Titlis. Tak, obrotowej. To całkiem nowa gondolka, która zastąpiła stare dobre prostokątne wagony, które nadal notabene można zobaczyć stojące w dokach. Titlis Rotair jest naprawdę śliczna – wygląda jak czerwono-czarno-złota okrągła pastylka zawieszona na cienkim pałąku. Jej szyby są lustrzane, więc odbijają widok dookoła, dodając biel i błękit do jej kolorów.
Szczyt Titlis jest dość rozległy, znajduje się tu nawet pięciopiętrowa stacja. Na szczycie jest tłumnie. Wyróżniają się dwa typy: narciarze i turyści. Narciarze są w pełnym narciarskim rynsztunku, mają buty i kaski, i głównie mówią w schweizerdeutsch. Turyści są przeważnie pozaeuropejskiej proweniencji i są ubrani zupełnie nieadekwatnie do pogody. Zwłaszcza Azjaci, których widuję masowo wszędzie w najbardziej turystycznych okolicach Szwajcarii. Gołe kostki i cienkie kurteczki są na porządku dziennym, tak jak znudzony wzrok i selfie. Niezrozumiały jest dla mnie zwłaszcza ten obojętny wzrok. Próbuję ich jednak usprawiedliwiać i sobie myślę, że takie osoby może widziały już w życiu tak wiele pięknych miejsc, że kolejna góra nie robi już na nich wrażenia. Na mnie jednak nadal robi.

Na szczycie Titlis można zrobić kilka rzeczy.
Można potarzać się w śniegu i zjechać na tyłku z niewielkiej pochyłej łączki.
Można przejść się Cliff Walkiem, czyli mostem linowym przerzuconym nad 500-metrową przepaścią.
Można przejechać się wyciągiem na lodowiec.
Można wejść do lodowej groty.
Można zjeść lunch na wysokości 3000 metrów.
Można zrobić sobie milion zdjęć.
Zrobiłyśmy prawie wszystko.

Na moście nie patrzyłam w dół ale przeszłam. Najgorsze właściwie jest bujanie – są tacy, co z lubością bujają mostem i ja na nich patrzyłam srogo, kurczowo trzymając się barierek. Jeden bujać przestał. Lunch smakuje nieziemsko, trzeba mieć tylko ciepłe rękawiczki, żeby palce nie przymarzły do widelca. Zdjęcia wychodzą bajecznie. W grocie warto pomacać niesamowicie gładkie ściany (to jedno z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń w moim życiu – sunięcie rękawiczką po lodowych ścianach groty). Spodnie można wysuszyć w niewielkim lounge, z panoramicznym widokiem na góry. A na deser można kupić czekoladki.
Myślę jednak, że znacznie lepszym rozwiązaniem, jeżeli chce się doświadczyć czegoś bardziej w szwajcarskim klimacie, jest zjechać do Stand, i zjeść lub wypić coś w tamtejszej Skihutte, czyli drewnianej chacie narciarskiej. Ta na Stand ma taras z leżakami i restaurację, której wnętrze jest zabawnie wystylizowane w stylu folkowym. Tak, są tam imitacje drewnianych dachów, wypchane sokoły, sztuczne krzaki i krowie dzwonki. Drewniane stoły i ławy wyściełane czerwonym materiałem. Perkalowe zasłonki. Taka bardziej wymuskana Szwajcaria, nieco folkloryzmu. Na dodatek w tej chacie grał trzyosobowy zespół ludowy – trzech czerstwych chłopaków na harmoniach i akordeonie, w zielonych koszulach z haftem i haftowanych czapeczkach. Kupili nas ostatecznie i zostałyśmy tam na kawę (kosmicznie drogą, ale warto). Na sali niemal sami Szwajcarzy (to słychać), w powietrzu słynny odorek sera do fondue, gwar, muzyka, słońce sączące się przez kwadratowe szybki. Bardzo miłe doświadczenie.
Folkband Fot. I. Kulska
Kiedy zjechałyśmy na dół, w dolinie zapadał już mrok. Wybrałyśmy się więc tylko pod skocznię, popatrzeć jak to właściwie wygląda. Byłam kiedyś na Holmenkollen w Oslo, i tamta skocznia robiła wrażenie o wiele większej. Ta w Engelbergu zbudowana jest na naturalnym zboczu, więc jest nieco mniejsza. Potem, idąc wzdłuż zamarzniętej rzeki i przez ładny drewniany most, zahaczyłyśmy o klasztor i centrum miasteczka. W klasztorze wyrabia się od wieków ser i jeżeli trafi się dobrze, to można pooglądać przez szybkę, jak skomplikowana maszyneria przemienia mleko engelberskich krów w ciało stałe. W przyklasztornym kościele, jednym z niewielu katolickich, które widziałam, są największe organy w Szwajcarii. Samo centrum miasteczka jest niewielkie, ot kilka uliczek, drewniane domy, światełka nad ulicą. Późnym popołudniem niektóre z nich już się świeciły, mimo że szczyty gór dookoła rozświetlone były jeszcze bladą łuną. 
Tak to zazwyczaj bywa w górach. A już na pewno w Górach Anielskich.

Informacje praktyczne
Do Engelbergu (kanton Obwalden) można dojechać z Lucerny pociągiem regionalnym Zentralbahn. Bilet powrotny kosztuje około 18 CHF (z Halbtaxem). Bilet na Titlis można kupić na dworcu kolejowym w Engelbergu i kosztuje on 46 CHF, bez wyciągu Ice Flyer (znów z Halbtaxem). Bezpłatny autobus dowiezie nas spod dworca do stacji kolejki. Należy uważać – trzeba wsiąść w Titlis Express, nie w funikular, który zawiezie nas tylko jedną stację w górę. Przejście Cliff Walk i wizyta w grocie są bezpłatne. Na stacji znajdują się toalety i dwa barki. Kawa w Skihutte na Stand to koszt około 5-8 CHF. Należy zwrócił uwagę, kiedy zjeżdża ostatni wagon kolejki, potem nie ma możliwości powrotu inaczej jak na nartach (ok. 16-17).

sobota, 4 lutego 2017

(ru)Bryka kulturalna #1/2017

Podsumowania miesiąca pojawiają się od początku istnienia bloga i niezmiennie cieszą się chyba największą popularnością wśród wszystkich wpisów. Te pierwsze miały służyć przede wszystkim do obserwowania, jak zmienia się moje postrzeganie Bazylei i życia za granicą, gdzie tego miesiąca byłam, co zobaczyłam, co udało mi się osiągnąć, a czego nie. Pod koniec każdego wpisu pojawiała się też wzmianka o książkach, które przeczytałam i filmach, które widziałam. Wszystkie te wpisy możecie je znaleźć TUTAJ. W tym roku postanowiłam trochę zmienić ich formułę i skupić się głównie na elementach kulturalnych. Wynika to z prostej przyczyny – nie odczuwam już potrzeby monitorowania procesu zakorzeniania się w Bazylei. Jestem tu już zakorzeniona. Moje życie toczy się stałym rytmem, i dzięki temu mam czas i ochotę skupić się na Dziełach i dziełkach. Zatem – do dzieła!

KSIĄŻKI

Nastąpiła pewna poprawa, to znaczy – przeczytałam w styczniu kilka książek i niektóre z nich były dobre. Zaczęłam od Rzek Londynu Bena Aaronovitcha. Uwielbiam książki z Londynem w tle i nawet jeżeli nie są zbyt interesujące fabularnie, to z zapałem śledzę kolejne lokacje, wklepuję je w Google, wyszukuję na mapie i wodzę za nimi palcem. Tak było z Nigdziebądź Neila Gaimana, tak też było z Rzekami. To powieść z gatunku urban fantasy, więc nie do końca w moim guście, ale słyszałam o niej wiele dobrych opinii i faktycznie mogę ją polecić. Fabuła jest ciekawa, choć miejscami trochę od czapy, akcja wartka, a ostatnia gwiazdka należy się za reprezentację kulturową mieszkańców Londynu.

Całkiem przypadkiem trafiłam na Magię sprzątania Marie Kondo. Pamiętam, że jakiś czas temu zawojowała blogosferę i każdy miał o niej coś do powiedzenia, a komentarze o chłodnym charakterze należały do rzadkości. Mnie się podobała. Sama lubię porządek i nie mam problemów z wyrzucaniem niepotrzebnych przedmiotów (lub nie nabywaniem ich w pierwszej kolejności), ale ciekawie było poznać inne sposoby na porządkowanie przestrzeni. Doceniam też pasję w tym co robi oraz prostotę podejścia, które nie oferuje gotowych rozwiązań i schematów, ale opiera się na skrajnie indywidualnym i niewymiernym podejściu do przedmiotów.

Przeczytałam też w tym miesiącu jeden z najgłupszych kryminałów, jakie kiedykolwiek wpadły w moje ręce. Nie zrozumcie mnie źle, kryminały uwielbiam, to moja ulubiona lektura rozrywkowa. Rozochocona świetnymi książkami Katarzyny Bondy zaczęłam szukać innych polskich pisarzy z tego gatunku. I znalazłam. Na własną zgubę. Remigiusz Mróz miał nawet niezłe oceny na Mieście Książek, które traktuję jak książkową wyrocznię, więc zabrałam się do czytania Ekspozycji, pierwszego tomu trylogii z górami w tle i morderstwem. Brzmi dobrze, prawda? No więc nie. Mało nie zrobiłam sobie dziury w głowie od walenia nią w biurko. Tak przesadzonej, niespójnej, niewiarygodnej i głupiej fabuły nie spotkałam nigdzie poza fanfikami. Tak niedookreślonych i jednowymiarowych bohaterów również. Miałam ochotę zostawić ją w połowie ale z jakichś masochistycznych względów przeczytałam do końca. Ba! Zaczęłam drugi tom. Podobno ma być lepszy ale nie wiem, czy dotrwam żeby móc to ocenić.

Dobrą książką jest za to Started early, took my dog Kate Atkinson. To powieść obyczajowo-kryminalna dziejąca się w środkowej Anglii. Główny bohater, Jackson Brodie to prywatny detektyw z pogmatwanym życiem osobistym, który wyrusza na poszukiwanie przeszłości swojej klientki, która została adoptowana i wyjechała z Anglii jako małe dziecko. Mamy tu bardzo interesujący i przekrojowy obraz współczesnego angielskiego społeczeństwa, z jego problemami i stereotypami, no i dobrze opowiedzianą historię pewnego morderstwa.

SERIALE

Nietrudno stwierdzić, że styczeń należał bardziej do obrazków, niż do literek, i to obrazków zebranych w sezony. Nie wiem kiedy ostatni raz widziałam tyle dobrych seriali. Nie próbuję świadomie tego zmieniać – najwidoczniej to jest to, na co mam w tej chwili ochotę.

Miesiąc zaczęłam oczywiście od nowego, czwartego sezonu Sherlocka. Musicie wiedzieć, że swego czasu miałam prawdziwego hysia na punkcie tego serialu ale niestety, czas oczekiwania na kolejne sezony i fluktuacja jakości odcinków (od doskonałych po nieco żałosne) sprawiły, że emocje mi już nieco wychłódły. Nie do tego stopnia, żebym nie obejrzała kolejnego sezonu na bieżąco, ale z pewnością nie zapadłam w znany dobrze szał przeglądania Tumblr i szerowania gifów z Mycroftem. Chociaż zdania w internecie są podzielone, uważam ten sezon za udany. Podoba mi się wprowadzenie postaci szalonej siostry, podoba mi się ewolucja postaci Sherlocka, bardzo dobry jest John i jego relacja z Mary. Nadal nie mogę wyjść z podziwu jak doskonale nakręcony jest to serial, wizualny majstersztyk. Fabularnie można by się czepiać, bo zawsze czegoś można, ja jednak wolę Sherlockowi dać odejść w spokoju, myślę, że to dobry czas. 
W "The Final Problem" dowiadujemy się najwięcej o przeszłości rodzeństwa Holmesów
Kolejna produkcja to Taboo, duetu Tom Hardy x Ridley Scott. Brzmi zachęcająco? No i nie mylicie się. Akcja rozgrywa się w XIX-wiecznym Londynie, do którego niespodziewanie przybywa uważany za zaginionego James Keziah Delaney (Hardy). Trafia akurat na pogrzeb swojego ojca, który jak wieść, niesie zmarł w szaleństwie. Delaney dziedziczy niewiele, bo stary pod koniec życia zaczął się zadłużać, a rodzinna firma handlowa podupadła, niemniej jego najważniejszą schedą jest Nootka Sound, kawałek ziemi u zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. O ten kawałek ziemi będzie toczył się spór pomiędzy Koroną Brytyjską a Kanadą, a w samym środku będzie stał on, Delaney, dziwak, właściciel pieniędzy o niewiadomej proweniencji, odczyniający afrykańskie rytuały nad grobem ojca i widzący zjawy rozbitek statku niewolników. Jest tu oczywiście o wiele więcej – tak że czym prędzej oglądajcie. W momencie, w którym to piszę serial wychodzi na bieżąco. 

Udało mi się również zobaczyć dwuodcinkowy serial na podstawie książki Agathy Christie Świadek oskarżenia (The Witness for the Prosecution), ze znakomitym Tobym Jonesem (w krótkim odstępie czasu obejrzałam go tu i w Sherlocku, i nie mogę wyjść z podziwu jaki to świetny aktor). Dobra, skrzętna filmowa robota BBC.
W "Taboo" Tom Hardy świetny jak zawsze
Z ciekawości zobaczyłam też po jednym odcinku dwóch seriali, które wydawały się interesujące, ale nie jestem pewna, czy będę je kontynuować. Pierwszy to The White Queen, opowiadający o czasach angielskiej wojny Dwóch Róż, pomiędzy Lancasterami a Yorkami. Mamy tu świeżo koronowanego króla Edwarda (Max Irons), który zakochuje się, a potem po kryjomu poślubia kobietę pospolitego pochodzenia, Elisabeth. Elisabeth była już raz zamężna, ma dwoje dzieci i jest znacznie starsza od młodziutkiego Edwarda, któremu szykuje się polityczne małżeństwo z francuską księżniczką. Niemniej serce nie sługa, Elisabeth zawojowuje Edwarda i zostaje wprowadzona na dwór królewski. Wizualnie przyjemny, serial nie przekonuje mnie jednak pod względem realiów historycznych. Nie fascynuje mnie też ten okres, więc trudno mi się wciągnąć w zawirowania polityczne. Wydaje się też bardzo niskobudżetowy i trochę niespójny aktorsko. Niemniej czytałam, że fabuła oparta o dworskie intrygi między kobietami jest jedną z najmocniejszych stron serialu, więc być może dam mu szansę. Drugim jest Casanowa, no i oczywiście zaczęłam oglądać go ze względu na Diego Lunę, a jakże. Nie zachwycił mnie po pierwsze jakąś teatralnością, którą ma w sobie, a po drugie zaczątkami fabuły. Oto Casanowa, słynny wenecjanin, ucieka z więzienia i trafia do Paryża, gdzie dawny znajomy, teraz królewski powiernik, zleca mu zadanie odsunięcia Madame Pompadour od króla, argumentując, że ma ona na niego za duży wpływ. Sposobem na odsunięcie ma być oczywiście romans. Aktorsko średni, wizualnie taki sobie, Diego Luna ma tu niewiele do zagrania i do tego wygląda zupełnie śmiesznie, a nie pociągająco w tych XVIII-wiecznych fatałaszkach. Co zrobić. Nie sądzę, żebym była na siłach go kontynuować.
Rodrigo i jego orkiestra są dowodem, że można zrobić genialny serial o wszystkim
Na koniec crème de la crème tego miesiąca i moja mała obsesja, czyli Mozart in the Jungle. Absolutnie fantastycznie napisany i zagrany serial o członkach nowojorskiej orkiestry symfonicznej. Oto na miejsce starego, genialnego ale jednak zachowawczego Maestro, dyrygenta, zostaje zatrudniony nowy, młody, genialny i nietuzinkowy Rodrigo de Sousa, rewelacyjnie zagrany przez Gaela Garcię Bernala. Śledzimy więc zawiązywanie się relacji pomiędzy nim a orkiestrą, powiązania między muzykami, ich pracę i przyziemne problemy, z którymi muszą się borykać jakby w kontraście do tej Sztuki, którą tworzą. Zaglądamy też za kulisy działania instytucji jaką jest filharmonia. Znacie te słynne benefisy na cześć, zebrania stałych członków zarządu i wystawne kolacje? Więc widzimy tu, po co one są – głównie w celu pozyskiwania fundatorów, bez których filharmonia nie ma szans się utrzymać. Tym jednak, co mnie najbardziej urzekło, jest bijąca z serialu żywa, gorąca i niekłamana pasja do muzyki, przebijająca głównie przez Rodrigo. Muzyka jest dla niego wszystkim, słyszy ją wszędzie, jest kanwą jego codziennych spraw, co więcej – niesie w sobie przekonanie, że muzyka jest zbawieniem dla ludzkości. Jednocześnie sam jest trochę zagubiony w jej ogromie, wciąż szuka swojej drogi. Filmy o ludziach z pasją są dla mnie zawsze bardzo inspirujące, a Mozart in the Jungle był inspirujący w dwójnasób. Jak wspomniałam, dostałam na punkcie Mozarta małej obsesji, która ukierunkowała się po pierwsze na oglądanie wszystkich filmów z Gaelem Garcią Bernalem (jaki to jest świetny aktor!), a po drugie na regularne przeglądanie programu bazylejskiej orkiestry symfonicznej. 


FILMY

Kilka tytułów. Genialny, oniryczny Big Fish z Ewanem McGregorem. Nigdy nie obejrzałabym go ze względu na tytuł, obejrzeliśmy go jednak wspólnie ze znajomymi i zrobił na mnie wielkie wrażenie. Uwielbiam filmy wykorzystujące motyw bajkowej opowieści snutej przez bohaterów, a ta produkcja to apoteoza opowieści. Udało mi się również obejrzeć tak szeroko opiewany La la land i... hm. Szczerze mówiąc, lepiej by mi zrobiło, gdybym obejrzała go nie wiedząc jak jest oklaskiwany, bo nie zastanawiałabym się pół filmu, czy on faktycznie zasługuje na 14 oskarowych nominacji czy nie, tylko odbierałabym go wyłącznie przez siebie. Prosta historia, nieźle zagrana, uroczo bawiąca się konwencją, nieco inspirująca, nieco nostalgiczna, ale w ogóle nie przełomowa. Nie została we mnie na dłużej a piosenki odsłuchałam najwyżej raz po powrocie z kina. Wstyd mówić, najbardziej podobała mi się garderoba Emmy. Nosiłabym wszystko. 
"Big Fish" to film o snuciu historii
Oprócz tego odświeżyłyśmy sobie z koleżanką kilka ekranizacji książek Jane Austen, z czego bardzo się cieszę, bo filmy te widziałam już dawno temu i miło było je sobie przypomnieć, i przy okazji uświadomić sobie, jak inaczej je odbieram (kiedy miałam lat 16 Willoughby podobał mi się znacznie bardziej od kapitana Brandona [Rickman]. Chyba nie miałam oczu.) Na deser dwie produkcje z Evą Green, którą niezmiennie uważam za znakomitą aktorkę, czyli Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children, który jest, co z zaskoczeniem stwierdziłam, bardzo dobrą produkcją young adult, obejrzałam go z przyjemnością. Na fali odświeżyłam sobie Casino Royale, które nadal mi się podoba, głównie chyba jednak dzięki Madsowi Mikkelsenowi. Na koniec miesiąca rzutem na taśmę obejrzałam Brooklyn z Saoirse Ronan i Domnhallem Gleesonem. Bardzo podobał mi się wizualnie, natomiast sama historia nie zrobiła na mnie wrażenia. Ot, miły film w sam raz na wieczór. 
Kostiumy i scenografia w "Miss Peregrine's Home for Peculiar Children" są naprawdę świetne

MUZYKA

Muszę Wam się do czegoś przyznać, a będzie to powód, dlaczego muzyka nigdy nie pojawiała się w podsumowaniach miesiąca. Otóż jestem muzycznym leniem i laikiem. Tak, nie ma co się łudzić. Nie jest dla mnie bardzo ważna, nie interesuję się nią nałogowo, nie słucham jej wcale tak dużo, nie umiem o niej pisać ani mówić. Jest obecna, cieszy mnie, mam swoje typy, ale po prostu muzyka to nie moja pasja (nie mówimy tu o muzyce klasycznej, którą, call me hipster, chyba lubię najbardziej). Niemniej postanowiłam trochę bardziej się zakręcić wokół niej i świadomie jej poszukiwać – nowych rodzajów, zespołów, utworów. Najbardziej pomagają mi w tym moi znajomi i własny brat (czy wspominałam jak lubię ludzi z pasją, zwłaszcza inną niż moja?), oraz Spotify (różne randomowe kliknięcia). 

W każdym razie w tym miesiącu w kółko słuchałam kilku wykonawców. Po pierwsze Low Roar, a zwłaszcza ich albumu z 2011 roku. Bardzo przyjemnie, łagodne brzmienie, ciepłe głosy, wiele akustycznych utworów – kojarzą mi się z Loma Vista i Of Monsters and Men. Po drugie: Snowy White i dwa, dobrze znane kawałki z albumu After Paradise:  Midnight Blues i Red Wine Blues. Uwielbiam ten głos, uwielbiam tę atmosferę i tę transowość. Cały album jest tak naprawdę świetny. Lubię dobrą muzykę elektroniczną, więc bardzo spodobał mi się Patrick Cowley, którego pokazał mi kolega. Podobno gros jego utworów to soundtracki do gejowskiego porno z lat 70. – no i jeżeli gejowskie porno z lat 70. miało taką ścieżkę dźwiękową, to naprawdę szacun. Ze względu na Mozarta i na bieganie, słuchałam też sporo muzyki klasycznej, bo co jak co, ale powiem Wam, że do Haendla biega się znakomicie. Przy bieganiu zazwyczaj włączam po prostu radio, a SRF 2 ma znakomity program właśnie z muzyką klasyczną i filmową.  

Miałam też okazję być w styczniu na koncercie semestralnym mojego przyjaciela, który studiuje reżyserię dźwięku. Choć był to raczej muzyczny performens niż koncert to bardzo, bardzo mi się podobał. Ciekawe, jak tego typu nowoczesne, mało melodyczne utwory oddziałują na wyobraźnię, jakie wrażenia i obrazy wywołują. Jestem pewna, że niedługo na YouTube pojawi się zapis z tego koncertu, więc na pewno go podlinkuję. 

INNE 

Z zapałem uczę się niemieckiego na Duolingo. To moje drugie podejście do tego programu, za pierwszym razem byłam zbyt ambitna i sama siebie zniechęciłam. Teraz traktuję go jak dobrą zabawę, jak przechodzenie kolejnych etapów w grze. Nie poświęcam mu więcej jak pół godziny dziennie i po prostu staram się jak najwięcej zapamiętać, ale nie zakładam sobie żadnych zeszytów, nie spisuję słówek, nie robię dodatkowych ćwiczeń. Mimo tego już zauważyłam poprawę w rozumieniu rozmówi toczących się dookoła. Myślę, że w ogóle poświęcę temu niemieckiemu osobny wpis, bo jak być może niektórzy pamiętają, jeszcze rok temu wolałabym się uczyć wszystkiego innego, łącznie z suahili. 

Mam też nowe hobby, journaling. No, nowe jak nowe, pamiętniczki spisywałam sobie od lat dziecięcych, ale teraz kupiłam ładny duży zeszyt i oprócz opisywania tam sobie, co się wydarzyło, robię kolaże i wycinanki. Bardzo to prosta i przyjemna zabawa, i do tego całkiem kreatywna. Wzięła się z tego, że od zawsze chomikowałam wszystkie bilety, ulotki, kartki, obrazki z wyjazdów, chowałam do kopert, a potem zapominałam o nich złożonych gdzieś na dnie kartonowych pudeł. Ostatnio trafiłam w internecie na bullet journals i swoiste scrapbook journals, i bardzo spodobała mi się ich idea. Bilety się już nie kurzą a ulotki nie zalegają w stosach. Nie mam talentu ani czasu na cyzelowanie każdej strony artystyczną czcionką, i chyba nie sprawiałoby mi to przyjemności, ale okazjonalne kolaże już jak najbardziej. Staram się nie być zbyt ambitna w takich przedsięwzięciach, bo zazwyczaj się wtedy szybko zniechęcam. Low profile. Na razie jestem na bieżąco i bardzo mi się podoba. 

czwartek, 19 stycznia 2017

Z pamiętnika młodej biegaczki #1

Młodej jak młodej. 
Nie starej, rzecz jasna, ale z pewnością biegać można dłużej i będąc zdecydowanie młodszym ode mnie. Ale ja nie o tym.

Gdyby ktoś kilka lat temu mi powiedział, że oto, widzisz, za kilka lat z własnej nieprzymuszonej woli będziesz wstawać od biurka, wkładać obcisłe legginsy, kurtkę, czapkę, wciskać słuchawki w uszy, i biec tam i z powrotem przez szalone kilkadziesiąt minut pomyślałabym, że ta osoba albo jawnie ze mnie kpi, albo naprawdę źle mi życzy. 

Bo ja jeszcze do niedawna szczerze, uczciwie i bez skrupułów nienawidziłam biegać. No bo pomyślcie, co to za idiotyczny sport. Głupszego chyba nie ma. Już pal licho te obcisłe ciuchy, te gadżety co je niby musisz mieć, bo inaczej to w ogóle nie przebiegniesz nawet metra, te buty za ciężkie pieniądze, ten biegowy styl, nie wiadomo po co. Gorsze jest co innego. Dojmująca, obezwładniająca NUDA. Biegniesz. Do przodu. Nie masz piłki, oporu wody, nie zmieniasz stylów, nie koncentrujesz się na przeciwniku, nie uważasz na elementy otoczenia. Biegniesz, kurde, po równym do przodu i jeszcze żeby cię ktoś gonił, ale nie. Sam z siebie biegniesz, sam sobie sprawiasz zadyszkę, wylewasz pot nie skutkiem złożonych kombinacji ciała, tylko jednostajnym, miarowym tup, tup, tup... No, tak mniej więcej widziałam bieganie. Jak pomroczne widmo tych okropnych lekcji wuefu, kiedy kazano nam znienacka biegać w kółko i wstawiano oceny za kondycję lub jej brak.
Nie zrozumcie mnie źle – ja skrycie podziwiałam ludzi, którzy biegają. Mój Boże, jak to jest że im się chce? Jak można lubić bieganie? Jakim herosem trzeba być, żeby biegać te kilometry ot tak, dla siebie? Oprócz tego, mimo wszystko mam trochę rozumu i uświadamiałam sobie, że z bieganiem jest pewnie jak ze wszystkim – im jesteś w tym lepszy, tym bardziej to lubisz. I że bieganie to tylko środek do celu – żeby być sprawniejszym, silniejszym, mieć lepszą kondycję, pracować nad wydajnością. Albo cel sam w sobie – żeby móc przebiec tyle a tyle. A ja nie byłam sprawna, kondycja spadała mi na łeb na szyję, a przeglądanie w lustrze zaczęło być stresujące. I patrzyłam na tych biegających ludzi, dookoła siebie i w internecie, i wydawali się zadowoleni. Chwalili sobie. Patrzyłam i patrzyłam, aż się napatrzyłam, i któregoś dnia w kwietniu włożyłam buty, które nabyłam za śmieszne pieniądze w jakimś zrywie sportowym kilka lat temu, ciuchy co miałam i poszłam do parku. Złapałam jakieś radio w telefonie, grali elektro, podobało mi się. Potruchtałam w kółko trzy razy. Nie było tak źle. Nie było super, ale nie było tragicznie. Inni biegający po parku nie wyglądali wcale bardziej profesjonalnie ode mnie. Pomyślałam sobie – oni mogą, to ja też. Postanowiłam dać temu bieganiu szansę. Napisałam sobie w kalendarzu: grunt to zacząć. 
No i tak sobie biegałam trochę w kwietniu, trochę w maju, ale bez zacięcia. Potem w czerwcu zrobiło się gorąco, poza tym pisałam magisterkę i chudłam bez uprawiania sportu, więc machnęłam ręką. Łatwo się macha na coś, czego się za bardzo nie lubi. Zaczęłam znów pod koniec sierpnia, w Polsce. Moi rodzice mieszkają w górach, ale stwierdziłam, że dam radę, trochę sobie potruchtam. Dla oderwania myśli. I tak truchtałam pół godziny, czterdzieści minut. Ale też bez zacięcia. Raczej się zmuszałam. Że skoro zaczęłam to... 
Ale te elewacje. 
A jak mnie coś przejedzie na tej wąskiej drodze? Te zakręty są naprawdę niebezpiecznie. 
Po deszczu robi się błoto i wpadam w kałuże, całe buty mi przemakają, ble. 
Na tej wsi są tylko trzy trasy, już naprawdę mam dość biegania w kółko w te same miejsca. 
Co mi po tych polach, łąkach i koniach pasących się malowniczo, jak ja tu zdycham na niedotlenienie. 
Jak widzicie, same przeszkody.
Nie wiem jednak, w którym momencie coś mi się w głowie przestawiło i pomyślałam, że już dość. Wystarczy tego miauczenia. Nikogo to nie obchodzi i lepiej weź się w garść. Biegasz moja droga, albo nie biegasz. 
No i postanowiłam, że biegam.

Czasem człowiek sam nie wie, do czego jest zdolny. Ustaliłam sobie na ten rok dwa cele, jeden wydawał mi się możliwy, drugi nieco mniej. Ten pierwszy to dziesięć kilometrów. Co za dystans! myślałam sobie. Niemal olimpijski. Może uda mi się go przebiec do czerwca. Najpierw pięć, potem sześć, zobaczymy. Drugi cel: półmaraton. Ale kiedy! Najwcześniej jesienią. 
Końcem grudnia, już w Bazylei, wróciłam do tego truchtania, tym razem po płaskim i tak truchtałam, najpierw te ostrożne 35 i 40 minut. Ale miałam siłę na więcej. Czyżby te elewacje jednak coś dały? Pobiegłam 45 minut. Dałam radę. Pobiegłam kilka razy, myślę – pobiegam tak jeszcze ze dwa tygodnie, a potem przejdę do 50. 

Pobiegłam kolejny raz – Boże, jak mi się okropnie biegło. Co sto metrów przystawałam, bo gotowała się we mnie krew i przypominałam sobie wszystkie argumenty przeciw. Że nuda, że bez sensu. Akurat trochę padało i ten obrzydliwy kapuśniaczek sprawiał, że czułam się jak meduza w słoiku. I jeszcze biegłam nad Renem. Nad Renem się nie biega. Nad Renem się cziluje i pije piwo. Wróciłam zła jak osa. 
A potem przyszła sobota i pobiegłam. Nie padało, biegło mi się lekko i dobrze – 50 minut, z zapasem sił. Po czterdziestej minucie zapomniałam, że biegnę, znalazłam wreszcie rytm. No, zatarłam ręce. To następnym razem biegniemy godzinę. Godzinę! Dawniej brzmiałoby to jak kiepski żart.
Pobiegłam. Wróciłam. Z ciekawości zobaczyłam, ile przebiegłam. 
Osiem i pół kilometra. Z przyjemnością.

Czyżby dziesięć kilometrów było jednak bliżej niż mi się wydawało?

niedziela, 15 stycznia 2017

10 powodów dla których dobrze mieszkać w Bazylei

Zaczynam cykl wpisów tylko i wyłącznie o Bazylei! Będę starała się je umieszczać w regularnych odstępach i powolutku oprowadzać Was po wszystkich kątach mojego ulubionego miasta. Nie znaczy to wcale, że wszystko co do odkrycia już odkryłam, przeciwnie. Tyle jest jeszcze do zobaczenia i zrobienia, gdzieś pomiędzy jednym, a drugim brzegiem Renu, między kamienicami z ozdobnym gzymsem i półprzymkniętą okiennicą, a wieżą kościoła ze złotą tarczą zegara. Zwiedziłam wiele, umiem się tu poruszać, mam swoje ulubione kąty, osadziłam się tu już niezgorzej – czas więc też zacząć drążyć gdzieś głębiej. A jak – to już się okaże.

Dzisiaj zapraszam Was na wpis wstępny, w których nakreślam kilka cech Bazylei, które sprawiają, że doskonale mi się tu mieszka. Oczywiście, nie dla każdego takie a nie inne elementy będą ważne, dla mnie jednak składają się w wielce pożądaną całość, która pozwala mi po prostu dobrze tu żyć. Zatem bez zbędnego przedłużania – zaczynamy!


Bazylea ma idealną wielkość, nie jest ani za duża ani za mała. Nie lubię wielkich metropolii, za dużo w nich ludzi i samochodów, za duży jest pęd życia i za dużo czasu zajmuje przemieszczenie się z jednego końca miasta na drugi. Nie lubię też małych miasteczek z ich zatęchłą atmosferą, gdzie co prawda wszędzie jest blisko i zielono, ale każdy każdego zna, a z tras spacerowych masz trzy do wyboru. Bazylea jest w sam raz. Jest na tyle duża, że nie zdążyłam się nauczyć na pamięć wszystkich dzielnic, a na tyle mała, że wyjazd za miasto zajmuje pół godziny tramwajem. Jest na tyle duża, że zawsze coś ciekawego się dzieje, a na tyle mała, że nie dostaję FOMO tylko zerkając na rozkład wydarzeń kulturalnych. Nie ma korków, nie ma kolejek, żyje się spokojnie ale nie ma wrażenia stagnacji.

Kultura i sztuka stoją w Bazylei na światowym poziomie i naprawdę nie przesadzam – w Szwajcarii uważa się ją wręcz za stolicę kultury. Znajduje się tu około czterdzieści muzeów, ale dajmy spokój, nie w liczbie ich siła a w jakości. Zasoby Fondation Beyler, Kunstmuseum, Kunsthalle, Vitra Design Museum czy Tinguely Museum nie odbiegają od zbiorów muzeów sztuki w Paryżu czy Madrycie, a ich kontakty międzynarodowe i, nie ukrywajmy, budżet, pozwalają na wypożyczenie dzieł sztuki z MoMa czy z Muzeum Guggenheima. Tylko w tym momencie można zobaczyć kilkanaście wystaw czasowych, obejmujących między innymi dzieła Pollocka, Kandinskiego i Girarda. Kulturalnie również wiele się tu dzieje – od wielkich festiwali jak Art Basel czy Basel World przez tradycyjne obchody jak Fasnacht, Dreikonige i inne, po slamy poetyckie i mini koncerty w Kaserne. Jest tu teatr, teatr musicalowy, teatr ludowy i kilka mobilnych, które przemieszczają się po mieście. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Nie widzieliście doskonałej komunikacji publicznej jeżeli nie mieszkaliście w Bazylei. Tramwaje i autobusy jeżdżą punktualnie i z zadziwiającą, jak na takie małe miasto, częstotliwością. Jako, że nie ma korków, z jednego końca na drugi można się dostać w czterdzieści minut. Z komunikacją miejską i podmiejską, doskonale skorelowana jest tu komunikacja transgraniczna. Z centrum dojedziemy autobusami i tramwajami do Francji i Niemiec. Ponadto Bazyleę przecina sieć ścieżek rowerowych, o których kiedyś już Wam pisałam. Jeżeli zamiast przemieszczania na kółkach, wolicie przemieszczać się na dwóch nogach, również nie będziecie mieli problemu z dotarciem gdziekolwiek. Znaki nie tylko wskażą Wam dojście do różnych atrakcji, ale także pokierują na urokliwe trasy spacerowe, na przykład wokół St. Margarethen albo na Bruderholzu.

Bazylea nie byłaby Bazyleą gdyby nie Ren. Mam wrażenie, że miasta przejmują cechy rzeki, nad którą są posadowione, że rzeka kształtuje ich tożsamość, pozwala na pewne rozwiązania lub zachowania, inne odrzuca. Ren w Bazylei jest zupełnie udomowiony, obłaskawiony i rozpieszczany jak psiak. Przez cały rok nadaje życiu miasta rytm, a latem przejmuje świadomość mieszkańców, którzy wylegają na jego brzegi dniem i nocą, żeby pływać, jeść, pić i spotykać się z innymi. Kiedy ktoś pyta mnie o ulubiony bar w Bazylei, odpowiadam – brzeg Renu. Tu się biega, je lunche, karmi kaczki, pływa, spaceruje, pije kawę, chodzi na randki, śpiewa – po prostu żyje.

Dzięki posadowieniu na styku trzech granic, Bazyla jest bardzo wielokulturowa – mieszają się tu wpływy niemieckie, francuskie i szwajcarskie, a dzięki uniwersytetowi oraz wielu międzynarodowym korporacjom jak Roche czy Novartis, ściągają tu ludzie z całego świata. Może dzięki temu też uważana jest za najbardziej wyluzowane miasto w Szwajcarii? W każdym razie wpływy te widać w jedzeniu, języku i stylu życia. Niczym dziwnym jest alzacka tarte flambee, niemiecki currywurst i świąteczna budka z raclette tuż obok siebie, na ulicy słychać francuski i angielski, a ludzie nie spieszą się nigdzie tak jak w Zurychu. Takie położenie jest też zbawienne dla studenckiego portfela – łatwo pojechać przecież na zakupy do Niemiec, gdzie jedzenie jest o połowę tańsze, lub na tanią wycieczkę za granicę do niemieckiego Fryburga lub francuskiego Colmaru.

Mówiłam już, jak łatwo i szybko można się przemieści z jednego końca Bazylei na drugi, lub wyjechać całkiem za miasto. To ostatnie warto zrobić, gdyż okolice Bazylei są naprawdę piękne. Już najbliższe przedmieścia, jak Binningen czy Aesh, sprawiają wrażenie, jakby wcale nie znajdowały się piętnaście minut od ruchliwych skrzyżowań, a dalej położone okolice Basel Landu, to po prostu bajka z mchu i paproci. Okoliczne miasteczka są również urokliwe: Riehen z uroczym centrum, muzeum zabawek i barokową willą, Lörrach z różanym ogrodem i ruiną starego zamku, Allschwil, które wygląda jak z pocztówki z tymi domkami z pruskiego muru, okolice Wiese z rezerwatem ptaków – tyle jest do odkrywania tuż za rogatkami miasta.

Oprócz rzeki i bliskości zielonych przedmieść, sama Bazylea również jest bardzo zielona. Nie mówię tu tylko o parkach, których w mieście jest kilkanaście, ale również o zieleni ulicznej. Wiele mniejszych ulic i alejek obrośnięta jest drzewami o widocznie starym rodowodzie. Są tu dwa ogrody botaniczne, a nawet kawałek lasu w Birsfelden. Zielone są nabrzeża Renu, ogródki przydomowe i działki. Wiosna alergicy mają w Bazylei po prostu przekichane.

Bazylea jest bardzo starym i dobrze zachowanym miastem, które korzysta z tej historycznej spuścizny i zgrabnie podtrzymuje dawne tradycje, ale w pozytywnym znaczeniu nie żyje przeszłością. Życie prężnie prze do przodu, wygląd miasta ewoluuje, przekształca się, dopasowuje do współczesnych trendów. Oczywiście, to zjawisko ma nie tylko dobre strony. Część starej zabudowy wyburza się by postawić nowe gmachy szpitali i deweloperskich osiedli, często niszcząc rozwiniętą tkankę miejską. Tak rzecz się miała z alternatywnym barem przy Schanzenstrasse, który wszedł w drogę inwestorom nowego Biozentrum, albo dawnym dworcem kolejowym na Kleinbasel, który poległ na rzecz bezosobowego osiedla dla pracowników Novartisu. Tak jak wszędzie, i tu niektóre okolice się gentryfikują i prywatyzują, stając niedostępne dla wielu użytkowników miejskiej przestrzeni. Ufam jednak, że zmiany te nie przyczynią się do zmiecenia całkiem tej starej Bazylei na rzecz nowej, szklanej i metalowej, żyjącej tylko produkcją leków...

W Bazylei panuje, niezwykły na tę szerokość geograficzną, łagodny śródziemnomorski klimat. Zimy są ciepłe, z umiarkowanymi opadami śniegu, lata gorące i suche, ale nie upalne. Nie przypominam sobie, żebym musiała tu wyciągać grubą zimową kurtkę (może raz, tej zimy, kiedy temperatura spadła do rekordowych minus dziesięciu. Przez dwa dni), ani żebym w lecie umierała z gorąca. Lato jest jednak zwodnicze: siedzi się sobie na słoneczku, które przyjemnie grzeje, a to wskoczy się na chwilę do wody lub tylko zanurzy stopy, i w ogóle nie odczuwa się działania promieni. Potem jednak przychodzi się wieczorem z obliczem spalonym na malinową czerwień. Trzeba uważać! Powietrze jest też bardzo czyste, co jeszcze bardziej odczuwam teraz, kiedy w Polsce panują tak niekorzystne warunki. Przestawienie się z powietrza wrocławskiego na powietrze bazylejskie było jak łyk świeżej wody (jak już odkasłałam ten pył zalegający w płucach).

 Bazylea jest piękna, koniec kropka.